W piątek w telewizji mógł ich oglądać niemal każdy Polak. To nie zdarza im się często – zazwyczaj nie ma ich w mediach. Jeśli, to w lokalnej prasie, najczęściej w kontekście afer i przekrętów. A tu nagle taka okazja!

O kim mowa? O radnych miasta stołecznego, oczywiście. W sumie jest ponad cztery setki w radach dzielnic – nieliczni szczęśliwcy w liczbie bodaj 60-ciu zasiadają w radzie miasta. To wbrew pozorom całkiem ważny organ w skali kraju – dysponuje naprawdę wielkimi pieniędzmi i całkiem realną władzą. A że rządzenie stolicą może się politycznie opłacać przekonywać dziś w Polsce nikogo nie trzeba.

Mimo tak wielkiego wpływu, radni miasta pozostają zazwyczaj dość anonimowi dla jego mieszkańców. Nie ma ich w telewizji – a prasę lokalną czytają nieliczni. Trudno się więc dziwić, że lokalni działacze mają pewnie poczucie bycia niedocenionym.

Tym bardziej nie dziwi więc show, jaki dali w piątek, gdy w sali warszawskiej Pałacu Kultury pojawiły się kamery kilku stacji telewizyjnych w tym tej jednej, która całość transmitowała na żywo.

Dali popis. Populizm, chamstwo, prymityw, kpina z demokracji – wszystko to mieliśmy w dużej dawce. Z mojego rozeznania wynika, że wielu widzów było w szoku, że to może tak wyglądać.

A ja się cieszę. Jako dziennikarz lokalnej prasy miałem nie raz okazję chadzać na sesje rad dzielnic i miasta. I nie raz już widziałem ten arsenał środków, z których się na nich korzysta. Nie raz widziałem, jak nasi przedstawiciele, naszymi głosami wybrani, wrzeszczą, plują, gwałcą zasady logiki. A im bardziej emocjonujący temat – autostrada, spalarnia, wyspisysko – i im więcej na sali mieszkańców okolicy, tym większe natężenie głupot, bzdur i chamstwa. Ale przede wszystkim cynizmu, kłamstwa i populizmu. I pogard dla zasad logiki – do niej czasem odwołują się na takich sesjach zaproszeni goście, czyli, najczęściej rzucani na pożarcie projektanci kontrowersyjnych rozwiązań, takich jak autostrada w miejscu, gdzie zaplanowano ją 40 lat temu, a teraz obok stoją nowe osiedla.

Zawsze mówiłem, że każdy powinien przynajmniej raz pójść na taką sesję, żeby zobaczyć, jak w praktyce wygląda najniższy szczebel demokracji, co to są partyjne doły i kto dysponuje naszymi pieniędzmi oraz w jaki sposób się te decyzje kształtują. To odziera z wielu złudzeń co do pożytków z demokracji przedstawicielskiej.

Cieszę się, że w piątek mieli szansę przekonać się o tym ci, który nie mają czasu, by pójść na sesję w swojej dzielnicy. A ci, co nie oglądali, powinni skorzystać z faktu, że to jeszcze nie koniec walki o odwołanie Hanny Gronkiewicz-Waltz.

I tu, na marginesie, mój komentarz do tej sprawy. Jeśli ja spóźnię się dwa dni ze składaniem jakiegoś urzędowego świstka we właściwym okienku, to nie ma przebacz. Nie powinno więc być przebacz i tu – można się zastanawiać, czy prawo jest dobre i czy nie należy go zmienić, ale na dziś Hanna Gronkiewicz-Waltz powinna przyznać, że zrobiła błąd i… zgodzić się na szybkie wybory. Jestem pewny, że wygrałaby je w cuglach, bo kontrkandydata nie ma.

Szarpiąc się, tłumacząc nieporadnie i codziennie inaczej sprawia wrażenie, że kurczowo trzyma się stołka i traci sympatię.

Nie przekona mnie nigdy argument, że wybory to wydatek. Podobno rzędu 3 milionów złotych, czyli tyle co dwa nowe autobusy. Niewiele, w skali Warszawy. A demokracji się nie powinno przeliczać na złotówki, bo argumentu, że nie opłaca się organizować głosowania może potem użyć każda władza w dowolnym momencie.

Zresztą rok temu, gdy PiS zastanawiał się, jak przeciągnąć zarząd komisaryczny w Warszawie do końca kadencji to PO podnosiła takie argumenty i opowiadała się za dodatkowymi wyborami na rok. Teraz byłyby to wybory na ponad 3,5 roku – i nie opłaca się? Cóż, jeśli kandydatce PO się to nie opłaca, to mi przestaje się chyba opłacać na nią głosować, gdyby do tych wyborów doszło. Choć nie zanosi się – będzie się pewnie odwoływać i jakoś się wybroni. I w sumie dobrze, bo generalnie zgadzam się z tym, że ten przepis trochę sprzeczny jest z duchem demokratycznego werdyktu. Tylko wolałbym, by pani prezydent się przed nim broniła z klasą. Z klasą byłoby oddać się ponowie w ręce wyborców i tym sposobem utrzeć opozycji nosa.