roody102 blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2006

Choinki

3 komentarzy

- Multiplikuj choinkę!
- Święta.
- Bardzo dobrze!

choinki.jpg

A oto kontekst – czyli na czym polega zjawisko multiplikacji:


Niestety, nie miałem przy sobie aparatu, tylko telefon, więc nie oddaje w pełni tego, co zobaczyłem. Otóż na pierwszym piętrze ratusza przy pl. Bankowym stoi stajenka. Ale jaka! Wypchany wilk, borsuk, jeleń, plastikowe dziecko i manekin przebrany za ciecia.

stajenka.jpg

Najlepszy jest jednak napis na kartce przybitej pinezką: Prezentowana kolekcja zwierzą składa się wyłącznie z okazów pochodzących z kolizji drogowych.

Krwawe święta II, reż. Wojewoda Mazowiecki.

Nasza choinka :)

choinka.jpg

Pisałem tu jakiś czas temu, o matrixowym odczuciu, jakie mam w związku z przenoszeniem mnie z jednego banku do drugiego. Nie pisałem o decyzji – zlikwiduję to konto, przenieść do żubra się nie dam.

Ale nie o tym, tylko o lepszym jeszcze porównaniu, którego użył właśnie kolega:
– Nie jestem chłopem pańszczyźnianym, żeby mnie razem z wioską sprzedawać!

Ja też nie.

Uporządkowałem linki. Dodałem trochę nowych w kilku działach – teraz jest w nich mniej więcej to, co staram się w miarę regularnie odwiedzać. Wywaliłem rzeczy, które umarły w między czasie. Kolejność w kategoriach jest dość przypadkowa.

Konkluzja

3 komentarzy

W gałę bym pograł.

Jeszcze a propos Fify. Podobno Pro Eveloution Soccer jest lepsze. Może i tak – nie jestem koneserem takich gier, tylko entuzjastycznym neofitą. W Fifie cieszy mnie to, że są prawdziwe kluby i nazwiska piłkarzy, czego w PES z racji braku licencji podobno brakuje. Ale do tego, by kupić tę grę przekonało mnie coś innego.

Gdy na rzeczonej dwie notki niżej imprezie siedliśmy przed projektorem, z dwoma padami w rękach, było nas do tej zabawy czterech. I co zrobiło na mnie największe wrażenie, to nie sama gra, nie pad, tylko to, że gdy dwóch z nas grało – dwóch pozostałych wcale się nie nudziło. Przeciwnie – to się ogląda niemal jak prawdziwy mecz. Gdy drużyna wychodzi z kontrą, emocje narastają, a piękny strzał powoduje okrzyki radości.

Ale to wszystko nic – to nie to, że gra jest super, a pady są idealnie dopasowane do anatomii dłoni (choć kciuk boli strasznie po kilku godzinach grania) – to nie to decyduje o tym, że ta gra jest super.

To Szpakowski. I Szaranowicz, ale Szpakowski bardziej. Można się natrząsać z ich historycznych wpadek, językowych kiksów i pomyłek. Ale piłka nożna w Polsce brzmi Szpakowskim. Nie mam jej bez niego, a jeśli jest, to dużo bledsza. To jest tak wkodowane w podświadomość, że jego głos na zasadzie odruchu Pawłowa powoduje u Polaka skok ciśnienia i adrenaliny.

I tego PES nie ma. Dlatego póki co bawię się Fifą. A kto mi nie wierzy, że bez Szpakowskiego nie ma polskiej piłki niech słucha:


Poprosiłem biuro prasowe stołecznego ratusza o ustalenie, do kogo należy pewien budynek. Po dwóch dniach zadzwonili, że mają dla mnie odpowiedź, tyle że jak to z informacjami z miejskiego biura geodezji bywa, jest ona płatna.
- Nawet, gdy prosi o nią biuro prasowe tegoż ratusza?
Okazało się, że to nie biuro prosi, tylko ja – w tym momencie zwykły petent.

Rzadka sytuacja, gdy dziennikarz musi borykać się z tymi przeszkodami, które zwykły obywatel ma na co dzień ;P

Okazało się, że moja firma nie jest w stanie wyłożyć tych pieniędzy w innej formie, niż zaliczka (do pobrania w kasie, po wypełnieniu odpowiednich druczków).

A chodzi o sumę… czterech złotych.

Szybciej będzie, jak sam to wpłacę. A to z kolei przypomina mi kolejny raz, jak wnerwiają mnie wszystkie urzędnicze opłaty. Działa to wszystko „za moje podatki”, kosztuje pierdyliard babilonów, a gdy trzeba coś załatwić okazuje się, że to jest normalnym punkt usługowy z opłatą za każde chuj-wie-co-oni-tam-robią.

Z dwiema opłatami, bo przecież jeszcze znaczki skarbowe trzeba kupić – to jest dopiero kuriozalny wymysł. 100 złotych za paszport i w urzędzie dowiaduję się, że jeszcze znaczki za 5 muszę kupić.
- Gdzie?
- W kiosku na zewnątrz.

Czyli na dodatek cała procedura wydawania paszportów dla mieszkańców kilku dzielnicy stolicy może utknąć w tym wąskim gardle; powiedzmy, że pani Pelagia z kiosku dostanie, dajmy na to, gorączki krwotocznej, czego jej nie życzę, ale jakoś nie umiem uniknąć takich skojarzeń, gdy o tym myślę. Więc pani Pelagia z gorączką krwotoczną, a warszawiacy bez znaczka skarbowego za złotych pięć to sobie mogą…

To na co idzie to 100 pln? Koszt tej książeczki jest taki? To na co idą podatki?

Wiadomo, Ameryki nie odkrywam, ale chuj strzela mnie w oko każdorazowo, gdy muszę dołożyć głupie cztery złote do tego całego pierdolnika.

PS: PS

1 komentarz

W nawiązaniu do poprzedniego wpisu i przy inspiracji zczuba.pl polecam uwadzę serię reklam PS. Szczególnie z kostką Rubika – w jakimś sensie pasującą do tego, co napisałem wcześniej:


Jak donosi zczuba.pl, coraz lepszy serwis sportowy gazety.pl, w Anglii nastąpił upadek futbolu (sic!), a wszystkiemu winne… Playstation (sic! po dwakroć).


http://sport.gazeta.pl/sport/1,74696,3792085.html

To, co zaraz napiszę brzmiałoby bardziej wiarygodnie kilka tygodni temu. Ale od początku.

Osiedle, na którym się wychowałem powstało na gruzach dawnego, ceglanego Marymontu. To, co dziś stanowi trawniki między blokami, w czasach mojego dzieciństwa było pustynią – ubitą ziemią, z której na każdym kroku wystawały cegły, kamienie, ba, nawet całe kawałki fundamentów zdemolowanej dzielnicy, po której ostały się tylko jakieś fragmenty dawnych uliczek, krótkie odcinki kocich łbów między blokam i jakieś dziwne adresy, jak na przykład Marii Kazimiery 111 – dobrze ponad kilometr od miejsca, gdzie dziś wciąż jest ta ulica.

Zresztą długo by gadać o tym, jak się to osiedle przez lata zmieniło – tam, gdzie jeszcze 10… nie, przesadzam, 15 (stary, stary się czuję) lat temu były krzaki, a w nich zdarzali się „okazicielie” (czyli koło kościoła, który wtedy… e, to już się poemat dygresyjny o kraju utraconego dzieciństwa zaczyna robić – a zwyczaj każe pisać takowe trzynastozgłoskowcem i wydawać podzielone na co najmniej tuzin ksiąg, więc na razie skupię się na pierwszy, futbolowym aspekcie), więc tam jest dziś elegancki park, o którym w księdze II.

Na tej ubitej ziemi pełnej kości dawnego Marymontu, jak to ziemi ubitej, toczyło się walki do krwi pierwszej i krwi kolejnych. Ba, były to wojny z użyciem wielu narzędzi, ale najczęściej futbolowe. A krew pierwsza i krwie kolejne z kolan i dłoni były tam toczone (to jeszcze nie trzynastozgłoskowiec, ale już mi zaczyna wychodzić całkiem niezła stylizacja, tak myślę). Jest taki kawałek trawnika tuż obok mojego bloku, spadzisty, z kilkoma wielkimi drzewami (jedno na pewno jest pomnikiem przyrody i spod niego wybijało się rożne) (chyba, że grało się na korki – trzy korki: krany, pierwszy strzelam!), na którym w tamtych czasach nie miało szansy wykiełkować choćby źdźbło trawy. Gdy tylko zeszły śniegi na ubitą ziemię wybiegały dwie jedenastki. Przy czym „jedenastka” jest tu terminem wielce umownym, bo do gry wystarczało dwóch. A bywało i trzydziestu. I na zmiany się nawet grało.

A grało się cały czas. Zaraz po szkole brało się piłkę i szło pod blok. I kopało. Do znudzenia. Jak było nas za mało, to w jedno podanie. Jak było nas
za dużo, to ci, co przyszli później gdzieś z boku grali w narysowane pożyczoną od koleżanek kredę kwadraty lub odbijali piłkę od ściany. Ale grało się cały czas. Latem – do nocy. Czasem przychodzili Starsi. Czasem zabierali nam piłkę, ale częściej po prostu dołączali się – dwóch do tej, dwóch do drugiej drużyny i mecz nabierał tempa, jak po wejściu trzymanych na ostatni kwadrans rezerwowych.

Czasem piłka zostawała na drzewie. Czasem z bloku numer 31 wychylał się grubas, któremu przeszkadzało wszystko i wrzeszczał, a bywało, że wychodził przed blok i zabierał nam piłkę. W późniejszych czasach na jego niskim balkonie czasem lądowały „piraty”, hukowe petardy. Ale to już były inne czasy.

Pamiętam, że dobrze obroniony strzał, choć kosztował upadek na kamienie, budził respekt u starszych i „rudy do budy” przestawało być złośliwością.

Potrafiliśmy grać turnieje i nadawać sobie ksywki – nazwiska piłkarzy, których dziś już nikt nie pamięta. No może przesadzam, bo to były czas wielkiej Holandii i jeszcze większego Milanu z Holendrami w składzie. Czasem w pudle powtarzają mecze z tamtych czasów i ja, choć nigdy nie byłem futbolowym maniakiem, pamiętam ich przebieg.

Obok „ligowego” boiska mieliśmy jeszcze boisko B. W poprzek miało kilkudziesięciocentymetrowy uskok, który czasem decydował o przebiegu akcji. Jeden słupek stanowiło krzywe drzewko – drugi w najgorszym razie jakiś patyk lub kamień. Tam ćwiczyliśmy stałe elementy gry i szlifowaliśmy technikę w grając w jedno podanie (główka i słupek ratują!). Na ligowym boisku pojawiły się kiedyś nawet dwie metalowe bramki (takie do piłki ręcznej – dla nas idealne).

Był jeszcze prawdziwy stadion – dziś obraz nędzy, rozpaczy i upadku polskiego futbolu na poziomie okręgowym, czyli boiska RKS Marymont przylegające do naszej – ponoć w zamierzchłych czasach inżynierii społecznej planowanej jako sportowa – podstawówki. I szkolne boisko o wymiarach ligowego i takich też bramkach. Czym było rozegranie 45-minutowego meczu na takim boisku dla nas, gówniarzy na krótkich nóżkach? Mordęgą? Nie – było najlepszą chwilą tygodnia. A jeszcze po szkole zostawaliśmy na SKS-y. Do czasu, aż zdominowała je koszykówka, której nigdy nie polubiłem.

Potem przyszło liceum i gra – w moim przypadku – przeniosła się na równie mordercze nawierzchnie: asfaltowe boisko A (do piłki ręcznej, oczywiście) i żwirowe boisko B (do niczego, generalnie). Gdzieś w połowie drugiej klasy wuefiści stracili złudzenia co do naszej klasy – nie oponowali nawet, gdy na boisku leżał śnieg, za oknem był mróz, a my wbiegaliśmy w krótkich portkach. Dawali nam piłkę i prosili tylko, byśmy się nie pozabijali. A mieli powody, by się tego obawiać, bo był to prawdziwy piłkarski hardcore. No rules – pure fight!

Potem suszyło się ubrania na grzejnikach, w sali od fizyki. Absurd polskiego szkolnictwa w pigułce.

Tymczasem osiedlowe boisko zarosło trawą. Bramki wyniesiono kilka lat temu na łąkę na Kępie Potockiej. Może nawet jeszcze tam są? Dziwiłem się temu. Dziwiłem się, że młodszy o kilka lat brat nie gra w piłkę. Że nie umie jej nawet porządnie (czyt. nie z czuba) (redaktorów zacnego serwisu zczuba.pl proszę o wybaczenie) kopnąć. Oni – on i jego rówieśnicy z osiedla – właściwie w ogóle nie grali w piłkę. I właśnie wtedy – dobrych kilka lat temu – powiedziałem to, co odkryli ostatnio brytyjscy trenerzy. Osiedlowe podwórko, a z nim i boisko umarło – nikt nie spędza już na nim czasu (by patetycznie nie powiedzieć – życia). Nie ma już osiedlowych chaszczy, gdzie mieliśmy swoje ziemianki, nie ma ukrytego w krzakach krosowego toru rowerowego. Mój brat chyba nie zna Lasku Bielańskiego, po którym ja mogę chodzić z zamkniętymi oczami (o czym zresztą przekonałem się znów dopiero w tym roku, gdy znów wsiadłem na rower, po paru latach haniebnej przerwy) (wiem, jest zakaz wjazdu na rowerach do lasku, ale powiem szczerze, że pierdolę ten absurdalny przepis i nikt nie będzie mi mówił, że mi nie wolno. Mi który biegł za ciężarówką wywożącą resztki blaszanego słonia z krzykiem na ustach) (co zresztą znam tylko z relacji świadków, a słonia tylko ze zdjęć). Ten słoń to trauma rocznika ’80 na naszym osiedlu.

Myśmy się wychowali na podwórku – oni, rocznik ’86 w tym przypadku – już w mieszkaniach. Grał w nich kolorowy telewizor z kablówką, grały komputery, było więcej fajnych zabawek – piłka nie była zajawką. Dziś na podwórku czasem tylko Jamajka – ktoś pali skręta, tłucze butelkę, lub piłuje twarz: „Leeeeegiaaaaaa!” (po tym niechybnie poznaję, że danego dnia był mecz na Łazienkowskiej) (a pierwsze wrzaski rok w rok zwiastują nieomylnie nadejście wiosny). Tyle jest futbolu na moim osiedlu.

Tak więc panowie brytyjscy trenerzy, Europy nie odkryliście.

A teraz mam taki plan: najpierw wyjdę z psem i obejdę to dawne boisko na około. A potem wezmę pada i zagram w Fifę 07. I właśnie dlatego kilka tygodni temu brzmiałoby to lepiej – a tymczasem, choć nigdy mnie ta gra nie bawiła, odkryłem, jaka to fajna zabawa na imprezie i za najbliższą wypłatę kupiłem pada i grę. I pocinam. Wczoraj Wisła zremisowała z Feyenoordem 1:1, a kilka dni temu MU pokonało City 3:1 (i następnego dnia przeczytałem o tym w gazecie!).

Gra jest widać wybitnie realistyczna. Tak realistyczna, że polscy piłkarze są w niej równie niemrawi, jak w realu. A jacy mają być, skoro boiska zarastają trawą (w dwojakim rozumieniu słowa trawa, nawiasem mówiąc)?

Kiedyś wrzucę tu zdjęcie tego miejsca, gdzie było boisko. A potem opiszę też, co zmieniło się w Lasku Bielańskim, jak chaszcze przemieniają się w park i jak pełna tajemniczych zakamarków między składowanymi tam betonowymi płytami „budowa” zamieniła się wreszcie w szkołę a przychodnia zdrowia w elegancki biurowiec. I zdjęcia sypiącego się stadionu RKS Marymont wrzucę.

A przy tej szkole właśnie koniczą robić nowoczesne boisko. Oczywiście najpierw ogrodzili je płotem, żeby broń Boże nie przyszło do głowy dzieciakom z osiedla, by sobie tam pograć. O nie – za droga, sztuczna nawierzchnia jest tam położona.

Brat słusznie zauważył, że… wymalowali na nim linie do piłki ręcznej. Piłki ręcznej? Kto u nas gra w piłkę ręczną?! W nożną też już nikt nie gra. Chyba, że na playstation.


  • RSS