roody102 blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2006

Uchem krytyka

2 komentarzy

Zawsze ceniłem u innych autorów zdolność do syntetycznego podsumowania, której mi brakuje. dam przykład.

cinq_g.jpg

Zapowiadało się ciekawie – Mieczysław Fogg w wersji reggae. Ja zawsze z młodzieżą, otwartym jestem na takie eksperymeta, ale po pierwszym przesłuchaniu „Fogga Ragga” Cinq G trochę zwątpiłem. Słaba ta płyta. Miałem o niej nie wspominać, ale coś mnie podkusiło, by bratu zapuścić dwa kawałki. Ten gorszy – brzmiącą jak disco polo „Socę Andrusowską” i ten ciut lepszy – regową balladę „Nietoperze”. Brat się zasłuchał się, zasępił się, spojrzał się na mnie i wydał dość jednoznaczną ocenę: on jest do dupy a muzyka wzięta z chuja.

Nic do dodania.

2999.jpgNajpierw oryginalny tytuł tej książki, zamiast przetłumaczyć, przeliczono (sic!) na polski. I tak z „9 franków” zrobiło się „29,99″. Minęło trochę czasu i w internetowej księgarni znalazłem książkę w cenie 26 złotych. Zamysł autora został pogrzebany, bo 10 proc. rabatu pomoże pozbyć się ostatnich egzemplarzy z magazynu. Treść wzięła górę nad formą. Odwrotnie, niż w książce.

„29,99″ – nie bądźmy peweksami, nie mieszajmy dwóch systemów walutowych, zostańmy przy złotówkach – to wspomnienie Octave’a, copywritera z francuskiego oddziału międzynarodowej agencji reklamowej. Jest co wspominać: kurwy, kokaina, pieniądze, morderstwo – wszystko podane w sosie cynicznej kpiny z rzeczywistości otaczającej bohatera; z logiki wielkich korporacji zawłaszczających świat i z reklamy kreującej fikcyjne potrzeby.
Oczywiście opowiedzianej językiem reklamy – i tu paradoks. Autor, który pisząc książkę czerpał żywcem z własnego doświadczenia w branży, w której przepracował wiele lat, stara się wyśmiewać reklamę wykpiwając jej język i mechanizm. Chwilami osiąga jednak efekt odwrotny do zamierzonego. To jego kpiny stają się śmieszne i wtórne, naiwne i przyziemne, dziś – a przecież od publikacji oryginału minęło raptem 6 lat – kpienie z reklamy jest tak zgrane, że staje się własną parodią. I tak po kilkunastu stronach forma opowieści snutej przez cynika staje się nieznośną manierą. A uwagę zwracają już tylko… slogany!
A takich tu naprawdę nie brakuje: biedni sprzedają narkotyki, by zarobić na nowe nike’i a bogaci sprzedają nike’i, by zarobić na narkotyki – takich udanych baselineów jest w tej książce mnóstwo. Jest w niej nawet zalążek akcji z kulminacyjnym punktem w postaci morderstwa, ale nie ma żadnej puenty – zostaje rozmyte zakończenie. Tak, jakby autorowi zabrakło pomysłu w tym momencie, w którym przestał czerpać z własnego doświadczenia i zaczął wymyślać.
Zostały tylko slogany. Za 29,99 minus 10 proc. rabatu. Polecamy.

Frédéric Beigbeder
29,99

tytuł oryginału: 99 Fr.
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
face>

Praga_03

Brak komentarzy

Mam jeszcze w zapasie parę fotek z Pragi, które w takim czy innym kontekście bym chciał pokazać. Na przykład te dwie:

miasto_01.jpgmiasto_02.jpg

Proszę je rozpatrywać w warszawskim kontekście – pierwsze jest odpowiedzią na stwierdzenie, że na Trakcie Królewskim nie ma miejsca na tramwaje. Kpina.

A drugie zrobiłem, bo tuż przed wyjazdem rozmawiałem z kolegą o tym, jak powinna wyglądać północna pierzeja Alei Jerozolimskich, gdy już ruszy zabudowa otoczenia PKiN. Co zrobić, by nowe nie gryzło się ze starym, tym co czeka na remont – lub, jak Hotel Polonia, już odzyskało blask – po drugiej stronie ulic? Prosta odpowiedź: budować tak, by stare odbijało się w nowym. Jeśli tylko nowe zachowa skalę starego i jeśli nowe nie będzie kiczowate, efekt będzie lepszy, niż jeśli wymusi się na inwestorach nowego, by na siłę budowali makiety starego.

miasto_03.jpg

A trzecia fotka to po prostu kawałek miasta. Co na taki widok może powiedzieć warszawiak? Zamilknąć może, zasmucić się ewentualnie.

… czyli kolejny przypadek UFO w stolicy!

ufok.jpg

food.jpg

Niedokarmieni archeolodzy błagaja o litość w dwóch językach, bo rejon mają turystyczny i taka dywersyfikacja może im się opłacić. A wykopaliska na pl. Piłsudskiego nie dość, że wkraczają w ostatnią fazę, która paraliżuje wszelką narodowo-nadętą aktywność w tym miejscu, to jeszcze odkrywają coraz to nowe ciekawostki budząc nieustanne zainteresowanie warszawiaków i nie tylko.

Dość niespodziewanie i bardzo spontanicznie znalazłem się wczoraj na koncercie Tymona Tymańskiego i Transistors w Dekadzie. Było jak kiedyś

Tymona na żywo nie widziałem od wielu lat. Właściwie od czasów, gdy zawojował Warszawę i niemal co tydzień występował w Remoncie w takiej czy innej konfiguracji instrumentalno-towarzyskiej, z jednym licznych projektów muzycznych. Z jedynm tylko wyjątkiem – raz właśnie z Transitorsami wystąpił na warszawskiej Starówce.

Ale co tu porównywać, skoro, mam wrażenie, częścią wspólną tamtych Transistorsów i tych z wczoraj stanowił jedno Tymon.

Uprzedzę pytanie: nie zagrali „Białego misia”. Ale prawie cały materiał z „Wesela”, owszem. Tymon pojawił się na scenie z irokezem, ubrany na czarno, a na tle czerwonego neonu z nazwą klubu zrobionego z oldskulowej, giętej czerwonej rurki wyglądał rockandrollowo. I taki też był koncert, choć zespół na dobre rozpędził się dopiero w drugiej godzinie, po krótkiej przerwie.

Zapowiadali, że zagrają materiał z płyty, którą szykują, a zrobili dokładnie odwrotnie – sięgnęli po zakurzone klasyki z kurowego „Polovirusa”; były więc Jaja, Deprecha był i Szatan, a nawet klasyczny utwór zespołu Trupy „Kurwa o co chodzi”.

Ostro, ciężko, bardzo rockowo a chwilami niemal tak progresywnie, jak kiedyś z Piotrkiem Pawlakiem i nieodżałowanym Jackiem Olterem. Prawie, bo tych dwóch nie da się zastąpić (Co robi Pawlak?! Gdzie zniknął?). Mimo wszystko głos Tymona, gadki między piosenkami i znane dobrze piosenki przywiodły wspomnienia z czasów dawnych – wspomnienia dobre, wręcz świetne, kiedy w Remoncie mieliśmy właściwie swój stolik niemal na samej scenie, tuż obok perkusji Jacka. Skalą Dekada nawet porównywalna – klimatem możne mniej, ale wczoraj się to aż tak we znaki nie dawało, bo muzyka była taka, jak trzeba :)

Świetny koncert.

kon.fuzja

3 komentarzy

Ciekawych wrażeń dostarcza w tych dniach posiadanie konta w banku BPH. W związku z tym, że przygotowania do fuzji nabierają rozpędu, gazeta.pl donosi:

Sieć 200 placówek wraz z marką BPH ma pozostać na rynku (UniCredito ogłosiło, że sprzeda ją w międzynarodowym przetargu), a pozostałe 300 oddziałów zostanie „wcielone” do Pekao.
(…)
Treści dokumentu nie ujawniono. Wiadomo tylko, że zawiera on m.in. listę 200 oddziałów, które wraz z pracownikami i klientami zostaną wydzielone z BPH i wystawione na sprzedaż wraz z marką banku, a także proponowany przez UniCredito terminarz całej operacji.
(…)
Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że na liście 200 placówek BPH przeznaczonych do wyłączenia z fuzji są oddziały ze wszystkich regionów Polski i o różnej liczbie klientów.
(…)
Wciąż nie jest pewne, kiedy o swoim losie dowiedzą się klienci BPH. Na szczegóły podziału banku oraz fuzji z Pekao czeka ich ponadpółtoramilionowa rzesza.

To są przeżycia rodem z Matrixa. Z łam portalu internetowego dowiaduję się właśnie, że waży się mój los. Mogę zostać przesunięty, albo nawet sprzedany. Czuję się ubezwłasnowolniony i zredukowany do numeru w systemie. Babilon dopadł mnie z cała swoją mocą i pokazuje mi teraz swoją potęgę.

Okej – koloryzuję o tyle, że tak naprawdę nie boję się o swoje pieniądze (nie mam ich znowuż aż tak wiele). Bardziej złości mnie to, że w efekcie przepychanek o całą tę fuzję będę teraz musiał śledzić te wszystkie komunikaty, potem zostanę przydzielony do grupy A lub grupy B i będę mógł co najwyżej zdecydować, czy ten przydział mi się podoba. Jeśli mi się nie spodoba, to będę musiał założyć nowe konto w innym baku, a więc wczytać się w kolejne prospekty, opanować kolejny system internetowy. A przecież BPH było fajnym bankiem z wygodną obsługą – jestem zadowolonym klientem, którego obarcza się konsekwencjami jakiś odległych decyzji. I strasznie mnie to drażni – ta niemożność wpływu na całą sytuację, to zetknięcie się z potęgą tych instytucji, które kręcą rym interesem.

W moim przekonaniu całe to zamieszanie skończy się masową migracją tak z grupy A, jak i B – zarówno ci, co zostaną w małym banku BPH będą z niego uciekać (tym bardziej, że pewnie warunki będą się zmieniać, a zresztą jeśli ma być sprzedany, to pewnie czas tej marki tak czy tak jest już policzony), jak i ci, co zostaną rzuceni do banku, z którym wcześniej mogli nie mieć nic wspólnego lub mieć na ten przykład złe doświadczenia szybko machną na ten interes ręką.

Akurat to, że moja osoba się w rachunkach tych wielkich film nie liczy specjalnie mnie nie dziwi, ani nie złości – bardziej złości mnie to, że najbardziej uciążliwe skutki całego zamieszania wokół BPH spadają na jego klientów. A mogła być normalna fuzja – przeżyłem już połączenie BPH z PBK – odbyło się to bezboleśnie.

A co czują ludzie, którzy mają w BPH duże pieniądze? Jeszcze ich nie zabrali? Trudno mi powiedzieć, jak sam bym się zachował, bo nie znam się na dużych pieniądzach. Zresztą myślę, że pieniędzy ta fuzja nie dotknie. Dotknie ludzi, którzy tak czy tak będą musieli poświęcić czas na śledzenie tej sprawy lub na likwidowanie jednych kont i zakładanie innych.

Ale najbardziej wnerwia mnie to uczucie rodem z Matrixa: bycia elementem jakiegoś wielkiego tworu przesuwanym wedle czyjegoś uznania. Wnerwia ale i na swój sposób fascynuje. W końcu nie często ma się okazję dostrzec, jak Matrix zmienia program…

0,75

2 komentarzy

0,75. 3/4. Idealna objętość.

Akurat tyle, by szum w głowie kołysał do snu, który przychodzi szybko i spokojnie. Ale nie tyle, by zataczać się na nogach.

Akurat tyle, by sączone powoli miało czas się rozgadać, powiedzieć coś więcej, niż zaraz po wyjęciu korka. Nawet jeśli nie ma do powiedzenia nic ciekawego, to i tak… warto rozmawiać ;)

Akurat tyle, by rano pamiętać cały przebieg tej rozmowy.

Akurat tyle, by rano szum w głowie budził wesołość, a nie złość*.

Dzisiejszą notkę sponsorował Malbec z 2005 roku, pół roku starzony w dębowych beczkach w argentyńskiej prowincji Mendoza od Finca Flichman.

* Nawet jeśli rano trzeba iść do pracy.

mp3 vs. mp 40

1 komentarz

mp.jpg

Zdjęcie fatalnej jakości, bo takie a nie inne były okoliczności. Skojarzenie było szybkie, realizacja spontaniczna, efekt jest umowny. A czy wymowny, to już Państwa ocenie pozostawiam :)

Kolega wyemigrował z Polski bez mała rok temu. Wczoraj rozmawialiśmy o pracy tam i pracy tu. Napomknął, że od wyjazdu nie pił redbulla i nawet nie wie, czy tam, gdzie jest, w ogóle go sprzedają.

Przypomniało mi się to dziś w redakcji: w kuchni na moim piętrze stoi automat z redbullem, żeby nie trzeba było chodzić za daleko.

Taka różnica mnie nie zachwyca.


  • RSS