roody102 blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2006

pwpw01.jpg- Nawet w Iraku granaty nie wybuchają tak blisko dziennikarzy – komentował Piotr Bernaś, fotograf. A wie, co mówi, bo był tam osobiście. No ale tam wybuchają prawdziwe, a na wczorajszej inscenizacji walk o Redutę PWPW tylko hukowe.

pwpw02.jpg

Miałem okazję oglądać kilka podobnych inscenizacji i bez wątpienia ta była najbardziej efektowna; wybuchło dużo ładunków, walczących było wielu a upał spowodował, że czuło się ciężar walki…

pwpw03.jpg

… pod warunkiem, że stało się tak blisko, jak my, dziennikarze. Niestety, większość z tłumu przybyłych nie miała tego szczęścia. Oglądali bitwę zza odległych barierek lub, co gorsza, wspinali się na co popadnie. Najczęściej na bilbordy. – Patrzyłem na to z przerażeniem i czekałem, kiedy z całym tym bilbordem spadną na ludzi stojących niżej – powiedział Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania, który był wśród publiczności. – Organizatorzy zrobili świetne przedstawienie i nie chcę tego umniejszać, ale nie pomyśleli o widzach – dodał.

pwpw04.jpg

We względnie dobrej sytuacji byli – na szczęście – kombatanci, którym zapewniono krzesła ustawione w dobrym miejscu. Szkoda, że wzorem lat poprzednich nie użyto przenośnych trybun, które można było spokojnie ustawić na ul. Sanguszki zmniejszając trochę plan widowiska, ale za to umożliwiając większej ilości ludzi zbliżenie się do niego. Tym sposobem ogólny, naprawdę rewelacyjny efekt, mogli docenić tylko reporterzy, którym granaty wybuchały pod nogami, co, choć atrakcyjne, dowodem profesjonalizmu dumnie przechadzających się po planie pirotechników w moim odczuciu nie było.

pwpw05.jpg

Nie wiem, jak pan Wołoszański, na którym wybuchające pod nogami ładunki nie robiły wrażenia, ale ja nie jestem ze stali. I nie zdziwiłbym się, gdyby kilku aktorów było lekko rannych, poparzonych lub poważnie ogłuszonych.

Ale wrażenia były mocne, szczególnie gdy przed inscenizacją wszedłem do parku, gdzie między sosnami odpoczywali Niemcy. Niby wiem, że to aktorzy, niby już z niejednym facetem w takim mundurze miałem okazję rozmawiać, ale w tym sosnowym lasku, w upale ta grupa zrobiła na mnie duże wrażenie. I nie było to wrażenie miłe. Raczej dreszcz.

Dość blado wypadł też, niestety, koncert w Parku Wolności przy Muzeum Powstania. Zabrakło czegoś tak mocnego, jak zeszłoroczny występ Lao Che. Zamiast tego dostaliśmy kilka różnych propozycji, z których żadna nie odwoływała się do zbiorowych emocji.

Występ OSTR-a wywołał wręcz zgorszenie – usłyszałem nawet, że kilka starszych osób wyszło z oburzeniem, gdy ze sceny poleciały bluzgi. Rozumiem, że idea jest taka, by do muzeum ściągać młodych ludzi i to się w pełni udało, ale wczorajszy koncert otarł się niestety o coś na kształt juwenaliów, tyle że bez alkoholu. Mam mieszane uczucia, nie ja jeden zresztą.

… się zaczyna :(

jesien2006.jpg

Mamy w tym kraju jeden punkt, z którego pochodzi wszystko zło: to Warszawa. Gdybyśmy nie mieli Warszawy w Generalnym Gubernatorstwie, to nie mielibyśmy 4/5 trudności, z którymi musimy walczyć. Warszawa jest i pozostaje ogniskiem zamętu, punktem, z którego rozprzestrzenia się niepokój w tym kraju.

Gubernator Hans Frank,
Kraków, 14 grudnia 1943.

warschau_1944.jpg

W 1944 roku przegrywający wojnę Niemcy przyznawali sobie jeszcze takie odznaczenie za walkę w Warszawie. Z jednej strony zadziwia mnie, że w ogóle mieli głowę, do wymyślania takich rzeczy – z drugiej w jakiś sposób potwierdza, że Powstanie zrobiło na nich wrażenie.

A ja korzystając z okazji przypomnę dwa osobiste teksty, które popełniłem w latach poprzednich.

Burza nad Warszawąsize>

Zaczęło się na Mokotowie. Było kilka minut po 14, gdy pomiędzy szklanymi biurowcami zobaczyłem ciemnie chmury.

- Nie zdążę – pomyślałem i przyspieszyłem kroku. Wsiadłem w rozklekotaną 17-tkę. Tyrmand prawie pięćdziesiąt lat temu napisał, że przeznaczeniem tramwaju jest „wyzwalanie z ludzi instynktu wzajemnej nienawiści”, tymczasem dziś panowała tu niepokojąco miła atmosfera. Ludzie z uśmiechem ustępowali sobie miejsc, inni siadali i głośno im dziękowali. Ktoś nie miał drobnych, żeby kupić bilet, jakaś kobieta rozmieniła mu „dychę” na dwie „piątki”, ja jedną jeszcze drobniej. Kupił, skasował, uśmiechnął się i podziękował. Przypadkowi ludzie zrobili coś razem, bezinteresownie, z uśmiechem? W Warszawie?! Nie wierzyłem własnym oczom.

Pierwsze krople deszczu spadły nagle. Były wielkie i ciężkie. Zaczęło się nerwowe zamykanie okien.

- Jak w łodzi podwodnej – przemknęło filmowe skojarzenie. – Przygotować się do zanurzenia – dodałem pod nosem i w tej samej chwili zrobiło się zupełnie ciemno. Pierwsze uderzenie wiatru i deszczu szarpnęło tramwajem. Na przystanku okazało się, że zaciął się przedni właz. To znaczy drzwi. Ale chętnych do wysiadania i tak nie było. Aleja Niepodległości, Pole Mokotowskie, 17-tka dzielnie płynęła naprawdę cała otoczona wodą. Nowowiejska, kolejny przystanek, znów nikt nie wysiada. I wtedy mostek zameldował:

- Zalane przetwornice, dalej nie pojedziemy! – Zła wiadomość szybko przemknęła przez cały okręt. Przez wagon, znaczy.

- Jesteśmy uwięzieni pod wodą – uśmiechnąłem się do siebie. Wyjąłem telefon, żeby skontaktować się z bazą. To znaczy z firmą, żeby powiedzieć, że będę później niż planowałem. Brak zasięgu.

- Łączności też nie mamy – chciałem dodać, bo skojarzenie bawiło mnie coraz bardziej. Żałowałem, że nie mam z kim podzielić się tym żartem. Jakąś kobieta kazała mi wyłączyć telefon, „bo jeszcze w nas walnie”. I tak był bezużyteczny a gdzieś obok faktycznie uderzył piorun. Ktoś zaczął krzyczeć na motorniczego.

- Zaczyna się; zamknięci na małej przestrzeni, pozbawieni dopływu powietrza, bez jedzenia, nie wiadomo jak długo będziemy tu czekać na pomoc. Zaczniemy warować… Żarty żartami, a ja też zaczynałem się niecierpliwić. Zresztą pierwsi desperaci wybiegli z tramwaju, zapewne naiwnie wierząc, że deszcz już przechodzi. W końcu i ja się zdecydowałem. Biegłem w stronę Dworca Centralnego; daszek, brama, wiata. Biegłem, a w dole migały moje spodnie w jasny kamuflaż, trochę podobny do tego, jaki mają nasi żołnierze w Iraku. Rano poleciał tam kolejny oddział. Nagle gdzieś niedaleko znów uderzył piorun, bardzo głośno, aż odskoczyłem pod ścianę. Nada mną smętnie zwisała przemoczona, żółto-czerwona flaga Warszawy.

- Jutro rocznica – pomyślałem. I właśnie wtedy wszystko ułożyło się w przedziwną całość – spodnie w kamuflaż, żołnierze w Iraku, burza, rocznica Powstania… Kolejne uderzenie pioruna zabrzmiało jak prawdziwe bombardowanie. Skojarzenia z łodzią podwodną i wojną przestały mnie bawić, zaczęły raczej przerażać.

Szedłem Jerozolimskimi w stronę Wisły. Zastanawiałem się, jaka pogoda była tamtego dnia. Potem przypomniałem sobie, że chyba było gorąco a pod wieczór była burza?

- 63 dni Powstania to dopiero była „burza” – przeszło mi przez myśl, gdy mijałem kolejną pamiątkową tablicę ze znakiem Polski Walczącej. Wyobraziłem sobie to, co pamiętałem z przeczytanych wspomnień; miasto pełne młodych ludzi spieszących do ustalonych punktów zbornych, niosących ukrytą broń, warszawiaków bijących im brawo z okien, a między nimi niemieckie patrole… Przez chwilę naprawdę byłem w tamtej Warszawie. A potem kolor moich spodni znów przypomniał mi o Polakach w Iraku, o tym że tam wprawdzie nie pada teraz żaden deszcz, ale za to młodzi ludzie z bronią też chodzą po ulicach. Przedziwny był ten kołowrót skojarzeń w mojej głowie.

Dotarłem w końcu do pracy. Pokazałem się tylko na chwilę i postanowiłem jechać do domu, przebrać się i wysuszyć. Na dworze już nie padało, miejscami było widać czyste niebo. Zrobiło się chłodno, dopiero teraz to poczułem. Wsiadałem w autobus i pojechałem Traktem Królewskim w stronę Placu Zamkowego i dalej na Żoliborz.

Jakieś młode dziewczyny pytały po angielsku o drogę. Starszy pan tłumaczył im gdzie będą musiały wysiąść a potem pokazywał im, co mijamy – Uniwersytet po jednej, ASP po drugiej, Grób Nieznanego Żołnierza mignął w perspektywie ulicy Królewskiej, Pałac Namiestnikowski, pomnik Mickiewicza. Dziewczyny się rozglądały, śmiały do siebie. On chyba nie znał słowa po angielsku, a one po polsku, ale to im nie przeszkadzało. Wysiadły pod Świętą Anną. Wszyscy troje machali sobie przez szybę. Patrzyłem na tego człowieka, uśmiechającego się do siebie. Koło pomnika Powstania trwały już przygotowania do Apelu Poległych. Zastanawiałem się, czy on pamięta tamte wydarzenia? Cieszyło mnie to, że po burzy w autobusie znów widziałem życzliwych i uśmiechniętych ludzi. Cały czas miałem poczucie jakiejś wzniosłości, choć przecież to było zwykłe, warszawskie popołudnie.

Przesiadłem się na Gdańskim. Burzowe chmury rozmyły się zupełnie a miasto oddychał rześkim powietrzem. Ulewa przyniosła ulgę po kilku dniach upału. Wysiadłem na Wilsoniaku. Przypomniało mi się, że ta „Burza” sprzed 59 lat zaczęła się niedaleko, na Suzina. Postanowiłem, że w piątek pójdę tam na chwilę po pracy…

Zanim poszedłem, zdążyłem jeszcze napisać to wszystko. Gdy kończyłem, była 13:50! Dokładnie o tej porze na Suzina właśnie, padły pierwsze strzały Powstania. Za 3 godziny miały zawyć syreny.

- Znów nie będą pamiętać, żeby się zatrzymać – pomyślałem. Był upał, wieczorem mogła być burza, potem znów pokazałoby się czyste niebo. Tamta burza trwała 63 dni, ale na czyste niebo czekać trzeba było wiele lat. Wczorajsza przeszła szybko i jutro nikt nie będzie o niej pamiętał. Może poza pasażerami „łodzi podwodnej”. Dobrze, że tylko takie burze nas dziś zajmują, ale ten kamuflaż na spodniach nie pozwala zapomnieć, że w Iraku znów ostrzelano polskich żołnierzy.

Wiele razy słyszałem, że inne miasta – w Polsce i za granicą – mają swojego „ducha”, a Warszawa nie. Dlaczego? Bo brzydka, bo została zniszczona w czasie Powstania, bo komuniści zadbali, żeby duch się potem nie odrodził, bo zginęło tak wielu jej mieszkańców, bo dziś nikt nie ma tu czasu, by tego ducha wskrzesić. To nieprawda. Duch Warszawy jest, tylko ukryty. Nie miał lekko. Musiał się chować przed bombami i przed cichym niszczeniem w PRL. Potem został zepchnięty na dalszy plan, bo trzeba było zarabiać, biegać, pędzić. Nie było komu o niego zadbać, więc ukrywał się w zakątkach i w ludziach. Ten z zakątków już daje o sobie znać, trzeba tylko umieć dostrzec ładne miejsca. Ale coraz więcej ludzi umie. Odnajdują go też w sobie, uczą się lubić to miasto z jego trudną przeszłością i jej, do dziś odczuwalnymi, skutkami. Duch ma złe wspomnienia, boi się huku, więc w czasie burzy znika, ukrywa się, ale potem znów wyłazi. Na razie nieśmiało. W uśmiechach, życzliwości, w sympatii dla tego miasta, ale też w szacunku dla przeszłości, dla bohaterów. Jest za tablicami ze znakiem Polski Walczącej, jest w dziurach od kul, które wciąż jeszcze można znaleźć, jest w zmokłych flagach. Można się spierać o to, czy Powstanie miało militarny sens, czy warto było ponosić tą ofiarę. Można mówić, że miasto zostało zniszczone, ale trzeba pamiętać, że jego duch nie zginął. Kręci się po okolicy. Co roku, pierwszego sierpnia o 17 można go usłyszeć. Chciałbym, żeby pamiętali o tym szczególnie ci, którzy mówią, że go nie ma. Żeby przystanęli i posłuchali.

Warszawa, 1.08.2003 r.

Tekst został wyróżniony w konkursie „Powstańcze blizny”, organizowany przez tygodnik „Wprost” i Muzeum Powstania Warszawskiego, pod patronatem Prezydenta Warszawy.size>

MIASTO MOJE, A W NIM
Nauczyliśmy się pamiętaćsize>

Zeszłoroczne obchody 60. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego były wyjątkowe. Zorganizowane z niezwykłym rozmachem przyciągnęły uwagę całego świata. Legenda, która zdawała się już tylko kartą z podręcznika historii, odżyła. Zaganiani, zajęci swoimi sprawami warszawiacy na chwilę zwolnili i dostrzegli, że żyją w wyjątkowym mieście; że wśród nich wciąż są uczestnicy wydarzeń z sierpnia 1944 roku. Miałem wtedy wakacje. Chodziłem po mieście i zapamiętywałem szczegóły. Byłem pewny, że to się już nie powtórzy.

W ciągu całego roku 300 tys. ludzi zwiedziło Muzeum Powstania. Muzycy – jazzmani, punkowcy i hiphopowcy – znaleźli w nim inspirację. Młodzi rysowali komiksy i odkrywali, że w Powstaniu walczyli ich rówieśnicy; że to ostatnia chwila, by z nimi pogadać, dowiedzieć się, jak walczyli o znajome domy, ulice, kościoły i szkoły.

W tym roku obchody były skromniejsze, a ja nie miałem wakacji. Nastrój obchodów starałem się uchwycić między godzinami pracy. Zdałem sobie sprawę, że inni warszawiacy też go szukali: tłumnie przyszli na rekonstrukcję powstańczej bitwy, byli w miejscach pamięci na Woli, Mokotowie i Powązkach. Kilkuset wspięło się w poniedziałkowy wieczór na kopiec Powstania Warszawskiego na Czerniakowie. Pięć tysięcy młodych ludzi bawiło się na koncercie w parku Wolności, a muzealną ekspozycję oglądali punkowcy z irokezami na głowach. Wreszcie w poniedziałek o Godzinie W miasto zastygło. Niecałe, bo to niemożliwe. Ale kierowcy wysiedli z samochodów, w kawiarnianych ogródkach i centrach handlowych ściszono muzykę. Wyły syreny, klaksony, a tam, gdzie byłem – pod hotelem Forum – stanęli wszyscy. Niezwykły widok.

Nareszcie pamiętamy i uczymy się to okazywać. Jesteśmy dumni. Jesteśmy warszawiakami!

Gazeta Stołeczna nr 179, wydanie waw z dnia 03/08/2005 OD DRUGIEJ STRONY, str. 2size>

uprising.jpg

Na samym początku film jest irytująco niedokładny i pobieżny – o kampanii wrześniowej mówi się (z pomocą napisu) tyle, że Polska poddała się po niecałym miesiącu walki – wydźwięk jest niezbyt miły. A kolejny napis mówi o tym, że Niemcy utworzyli getto – wrażenie jest takie, jakby stało się to od razu po kapitulacji. Tak więc błędy i stereotypy.

Tych ostatnich jest więcej – getto ginie a aryjska Warszawa kwitnie i się śmieje. Polacy? Szmalcownicy. Katolicy? Obojętni na płonące getto świącą wielkanocne potrawy… Chwilami ich obojętność jest nawet bardziej niepokojąca, niż okrucieństwo Niemców (np. scena z zamykaniem kościelnego okna, by nie leciał do niego dym pożarów). Ach, no i oczywiście AK oskarżone wprost o to, że ma żydowską krew na rękach.

Co ciekawe, czytając komentarze na IMDB natrafiłem od razu na kilka głosów – nie polskich – które bardzo zdecydowanie podkreślały, że Polacy są w tym filmie pokazani nieprawdziwie. Nie jest więc tak źle z tą wiedzą, jak by się mogło nam wydawać, ale takie filmy na pewno nam nie pomagają. Polacy są w nim w najlepszym razie obok tragedii getta i jeśli nawet nie było to intencją twórcy, czuć oskrażenie.

Stereotyp łagodzi nieco – prawdziwa zresztą – scena, gdy polska i żydowska flaga powiewają nad gettem, co do szału doprowadza Niemców.

Bardzo miło zaskoczyło mnie kilka detali w widokach miasta – np. panorama Starego Miasta z 1939 roku, jest stworzona w oparciu o to, co widać dziś, ale poprawiona i podrasowana na przedwojenną. To są smaki, których zabrakło mi w „Pianiście”.

Jak na produkcję telewizyjną, to i środki i nazwiska całkiem spore – efekt jest więc na przyzwoitym poziomie produkcyjnym. Kreacje aktorskie – zarówno wielkich nazwisk (Voight, Sutherland) jak i aktorów znanych przede wszystkim z telewizyjnych seriali (Schwimmer) – są zupełnie przyzwoite, choć nie zobaczymy tu raczej nikogo w roli swojego życia. Niemniej Sutherland w roli Adama Czerniakowa zapada w pamięć a Leelee Sobieski jako Tosia Altman jest więcej niż przekonująca.

Kilka scen robi wrażenie, wśród nich oczywiście najbardziej te z Doktorem Korczakiem i dziećmi, nie jest to jednak obraz tak wstrząsający, jak u Polańskiego; dramat getta jest tu bardzo umowny a bohaterowie filmu są piękni i młodzi. Nie widać po nich nędzy, w jakiej dotrwali do powstania w getcie.

Nie jest to obraz zły, ale jednak zbyt powierzchowny, bym się nim mógł zachwycać. Jak na trzygodzinną produkcję trochę zbyt kameralny, ale to już prawa telewizji. Niestety, jest też zbyt stereotypowy. Tak bardzo, że na szczęście wielu widzów to dostrzega.

Uprising
USA, 2001, TV
Reżyseria: Jon Avnet
size>
face>

Zagadki

6 komentarzy

Dwie kolejne zagadki. Gdzie zrobiono zdjęcia? Oba miejsca można łatwo poznać po charakterystycznych detalach. To pierwsze, niestety, już niedługo… :(

9.
zagadka_09.jpg

10.
zagadka_10.jpg

Dałem dwa zdjęcia, bo gdyby było tylko drugie, ciężko by było poznać. A pierwsze zdradza wszystko :)

Niedziela, godzina 19:55:

mundial01.jpg

Poniedziałek, godzina 13:00:

mundial02.jpg
{tego nie widać, ale ten chłopiec ma koszulkę z napisem Zidane}

I po mundialu. Smutno jakoś.

I znów pytanie jest jedno: gdzie zrobiono zdjęcie?

6.
zagadka_06.jpg

Wstydliwe zaplecze pewnej znanej ulicy.

7.
zagadka_07.jpg

Czasy są takie, że nowoczesne technologie i środki masowego przekazu wciskają się wszędzie.

8.
zagadka_08.jpg

Jak donosił niedawno „Fakt” do Warszawy dotarł wieloryb z Zatoki Gdańskiej. Coś jest na rzeczy…

Na pewnej liście dyskusyjnej powstał wątek z warszawskimi fotozagadkami. I bardzo fajnie się sprawdził, więc postanowiłem te zagadki pokazać też poza ową listą. W tym poście umieszczam te, które już doczekały się odpowiedzi (uczestników zabawy, jeśli czytają, uprasza się o nie psucie zabawy innym).

A niebawem będą kolejne i wtedy wszystkich zapraszam do zabawy :)

Pytanie jest zasadniczo jedno: gdzie zrobiono zdjęcie?

1.
zagadka_01.jpg

Młodsza siostra Rotundy PKO?

2.
zagadka_02.jpg

Ten dom stoi w granicach dzielnicy Centrum – gdzie zatem jest wieś w środku miasta?

3.
zagadka_03.jpg

Tu dodatkowy punkt za odpowiedź na pytanie, do czego służyła ta maszyna, któr znajduje się…

4.
zagadka_04.jpg

Wbrew pozorom to nie płaskowyż w Peru, tylko…

5.
zagadka_05.jpg

To jest totalny odjazd – proszę zwrócić uwagę, co jest na tym rysunku (i to jest pewna podpowiedź). A zdjęcie nie jest moje – wygrzebałem je z sieci.

Niebawem kolejna porcja.
PS: Zaistnienie tego quizu bynajmniej nie oznacza, że zamykamy zabawę „Co to za toaleta?” ;)

Z czysto fotograficznego punktu widzenia nie można tego zdjęcia zaliczyć do udanych, ale akcja była szybka. W końcu nie codziennie trafia się na owies w Al. Niepodległości.

owies.jpg

Choć nie, Zarząd Oczyszczania Miast utrzymuje, że to już teraz będzie taka tradycja. Odkupili prawa do tego pomysłu od pewnej artystki, która obsadzała okolicę różnymi roślinami w poprzednich latach i próbują robić po swojemu. Na razie udało im się mnie zaskoczyć i jest to zaskoczenie pozytywne.

Tytuł notki nie przypadkiem nawiązuje do tytułu książki pewnego teoretyka. Ale nie chce mi się zaczynać od wstępu teoretycznego, więc przejdę do rzeczy.

Wymyśliliśmy sobie z koleżanką taki temat, do zrobienia którego musiałem się skontaktować z autorem pewnego bloga. Dostałem od niego numer i informację o tym, kiedy będzie pod nim dostępny, ale nie odezwałem się we wskazanym terminie, bo z tego czy innego powodu musiałem zająć się czymś z zupełnie innej beczki.

Gdybym o każdej takiej zmianie chciał poinformować każdego zainteresowanego, musiałbym nająć asystentkę lub podłączyć program pocztowy bezpośrednio do rdzenia kręgowego.

I co? Dziś na rzeczonym blogu czytam, co następuje w postaci linku.

Więc piszę maila i wyjaśniam, że temat nie zginął, że owszem, w swoim czasie, na pewno. Sprawę chyba wyjaśniliśmy i no offence taken, ale jedna myśl mnie nie opuszcza. Czekam mianowicie na chwilę, gdy jakiś blogger napisze do mnie maila z prośbą o wywiad na temat tego, jak wygląd praca w papierowym dzienniku. A ja wtedy będę mógł opowiedzieć, jak to jest, gdy rano Twój tekst ma mieć 2500 znaków, a gdy wracasz do redakcji okazuje być zaplanowanym na 500, więc dwie godziny jakby stracone a zagadani na miejscu ludzie nie bez racji będą zawiedzeni. Ale to nie szkodzi, bo kilka godzin później, gdy tekst jest już napisany, okazuje się, że jednak ma 1700 znaków. I ramkę. A w między czasie okazuje się, że na godzinę przed dedlajnem trzeba napisać czołówkę na 3700. Ale godzinę później okazuje się, że jednak nie, że jednak dziś tylko 500 znaków a jutro to pociągniemy.

I wtedy człowiek ze spokojem wyciąga z rdzenia kręgowego czincz i na tradycyjnej klawiaturze pisze notkę na bloga. Przynosi mu to spokój i ukojenie.

A potem siada do pisania tekstu na jutro, który za pewne i tak zmieni się jeszcze pierdyliard razy, nim wreszcie jakiś internauta będzie mógł go przeczytać i się nad nim po pastwić na swoim blogu.

Komunikacja jest informacją powiedział był kiedyś ów teoretyk ze wstępu, którego nie chciało mi się napisać. Rację miał.
:)


  • RSS