roody102 blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2006

Jak co miesiąc, choć nie zawsze, z placu Zamkowego wyruszyła dziś Warszawska Masa Krytyczna.

Nie zawsze, bo miesiąc temu rowerzystom nie dano zgody na przejazd zasłaniając się Benedyktem XIV, który wszak opuścił był stolicę kilka godzin wcześniej.

Dziś masa pojechała więc majową trasą, m.in wyremontowanym odcinkiem ul. Marszałkowskiej, gdzie mimo próśb a nawet blokad ulicy, ścieżki wyprosić ani wymusić się nie udało.

Nim tam jednak dotarliśmy, ruszyliśmy spod Zygmunta przy akompaniamencie kanadyjskiej orkiestry wojskowej w strojach przypomianających słynnych londyńskich strażników w czapach z futra. Stali w sporym kole i grali tak, jak im uśmiechnięty facecik w środku ekspresyjnie pokazywał, że grać mają i nic sobie nie robili z trąbek i syren rowerzystów.

Niestety, nie zdjąłem ich.

Na Masie najfajniejsze są dziarskie maluchy, ale ta dziewczynka – w asyście, jak się domyślam, taty – to już chyba rekord i granica ostateczna. I dzielnie trzymali prędkość!

masa_300606.01.jpg

Potem zatkaliśmy Nowy Świat i Aleje Jerozolimskie, co zdecydowanie nie wszystkim warszawiakom się podobało. A potem okrążyliśmy Pałac Kultury, co pewnie podobało się jeszcze mniej. Za to wyglądało fantastycznie:

masa_300606.02.jpg

I wreszcie dotarliśmy na Marszałkowską, gdzie m.in objawił się taki oto pojazd:

masa_300606.03.jpg

Trzeba dodać, że Masa jest także rodzajem parady najdziwniejszych wynalazków roweropodobnych – na czym ludzie jeżdżą, co i z czego robią oraz jakimi środkami – to jest w ogóle osobna historia, dla której warto się w dniu imprezy przejść pod Zygmunta nawet, jeśli się nie ma roweru.

Z Marszałkowskiej pojechaliśmy na Pragę, mijając po drodze przedmasowe artefakty:

masa_300606.04.jpg

I w końcu wróciliśmy na pl. Zamkowy robiąc dużo hałasu i fajne wrażenie na gawiedzi:

masa_300606.05.jpg

Fajnie, tylko krótko. Licznik pokazał w sumie – z dojazdem i powrotem z Zamkowego – tyle ile miała wynieść sama trasa.

… aczkolwiek tu chyba troszkę przekombinowali:

organizacja.jpg

Okiem Niemca

1 komentarz

Zdjęcie z zeszłego tygodnia, z wystawy zdjęć, która była jednym z elementów akcji „Wirtualny most na Wiśle”. W ramach roku polsko-niemieckiego działo się na moście sporo. Zdjęcia Warszawy robili młodzi Niemcy – zdjęcia Berlina młodzi Polacy. Przemieszane ustawiono na moście i wyszło to całkiem fajnie. Podobieństwo naszych miast jest rzeczą znaną.

hycler.jpg

Ten obrazek zobaczyłem jadąc drugą stroną i aż się wróciłem. Tu Hycler, tam Powiśle – tam Powstanie, tu Niemcy.

Mógłby służyć jako warszawska zagadka – pytanie bowiem, gdzie to zdjęcie zostało zrobione – ale nie zdjęcie zdjęcia, tylko zdjęcie na zdjęciu, wiecie o czym mówię? ;)

Obudziłem się dziś w takim stanie, w jakim pewnie obudziła się większość narodu. Od razu wsiadłem na rower, by to z siebie wypocić

Z braku lepszego pomysłu skierowałem się do Puszczy Kampinoskiej, gdzie nie byłem mniej więcej tyle lat, ile nie miałem roweru, czyli bez mała wieczność. Szybkie przeloty wąskimi ścieżkami, między drzewami, kilka sytuacji „o włos”, jałowce, gałęzie, pokrzywy i komary.
Fajnie.

Niewiele się zmieniło, sporo miejsc nawet poznałem, dopiero gdzieś na 25 km zorientowałem się, że powoli wjeżdżam w nieznane i zacząłem trzymać się szlaków turystycznych, wychodząc z założenia, że muszą prowadzić do jakiejś cywilizacji. Żółtego poniechałem koło mogiły z 1863 roku; wróciłem do rozstajów i ruszyłem niebieskim, który po kilkunastu metrach zamienił się w błotnistą ścieżkę między pokrzywami, co jakiś czas przechodzącą w kałuże błota. Gdzie niegdzie trzeba było przenosić rower po jakiś zwalonych drzewach.
Fajnie.

A potem zrobiło się surrealistycznie. Nagle wśród drzew usłyszałem „Marsz Imperium”. Nie pojawił się jednak Vader – to tylko szef do mnie dzwonił; czy ja robię relację z parady równości?
- Owszem, pedałuję, ale gdzieś w środku puszczy, sam nie wiem dokładnie gdzie – odpowiedziałem. Chyba zrozumiał, bo się śmiał. A ja w czasie rozmowy musiałem się podeprzeć nogą… na dnie kałuży błota.
Bardzo fajnie.

Na 30 kilometrze zacząłem się zastanawiać, gdzie ja właściwie jadę i co zrobię, jeśli złapię gumę?

- Zadzwonię po helikoptery. „ROMEO OSCAR OSCAR DELTA YANKEE. POTRZEBUJEMY WSPARCIA Z POWIETRZA. WALNIJCIE TEŻ TROCHĘ NAPALMU, POWTARZAM, TROCHĘ NAPALMU W REJON STARYCH BABIC” – przećwiczyłem standardową procedurę ewakuacji rangersów działających na tyłach wroga i już spokojniejszy pedałowałem dalej. Żałowałem, że nie mam mapy, ale z braku lepszego pomysłu jechałem na południe, co, jak na rangersa przystało, ustaliłem względem słońca. – No to faktycznie gdzieś w okolicach Babic powinienem wylądować – kombinowałem.

W końcu między drzewami zobaczyłem jakąś wieś i zastanawiałem się, czy ma skręcić w lewo, czy w prawo. Przy wjeździe na szosę, na kocu siedziały dwie dziewczyny. Już miałem się pytać o drogę, gdy jedna z nich wstała i zapytała:
- Czy mogę przeprowadzić z panem ankietę?
Myślałem, że zlecę z roweru. Uwalony błotem odpowiadałem na pytania dotyczące puszczy – czy dobrze utrzymana, jak szlaki oznaczone itd. Powiedziałem, że rowery spoko, ale po lesie jeżdżą kretyni na motocyklach i to już przesada jest. A potem okazało się, że druga część ankiety to mapa, na której trzeba zaznaczyć swoją trasę. Nie nastręczało to większych trudności – pozwoliło za to uniknąć pytania „którędy do Warszawy” i z twarzą wyjść z całej sytuacji, która, powiedzmy to sobie szczerze, rangersowi graniczyła z komprmitacją.

A dziewczyny okazały się być studentkami SGGW, którym ktoś wymyślił tydzień przed sesją takie zajęcie – ankietowanie spacerowiczów na końcu świata (w każdym razie poza zasięgiem podmiejskiej komunikacji). Spadły mi z tą mapą z nieba – niczym lokalna partyzantka wspierająca mój tajny desant na tyły wroga.

Kilka kilometrów dalej natrafiłem na rzeczoną komunikację, a raczej na jej ślad w postaci przystanku autobusu 729 – nówka sztuka, linia istnieje tydzień. Przystanek w jakiejś małej wiosce nosi szumną nazwę Trakt Królewski – też ładnie.

trakt.jpg

W sumie 62 km, po okołomeczowym pijaństwie. Z piątkowym basenem daje to nową dyscyplinę – tratlion polski: 36 basenów, 5 piw, 60 km na rowerze. Polecam. Sport to zdrowie, o ile nie ma nic wspólnego z piłką nożną.

Wycieczkę sponsorowały cyferki 0 i 2 a ścieżkę dźwiękową zapewniły zespoły Cypress Hill i Vavamuffin oraz fauna Puszczy Kampinoskiej na OS-ach :)

A tydzień temu przekroczyłem magiczną granicę:
666.jpg


  • RSS