roody102 blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2006

Nowy znak drogowy na Marymoncie.

vlepki.jpg

sprawa.jpg

Zarzucono tej książce, że powiela mity. Jeśli przez mity rozumiemy informacje nieprawdziwe, to oczywiście zarzut jest poważny i nie można go zbywać. Warto się jednak zastanowić na samą konstrukcją tak sformułowanego zarzutu. Mit nie jest przecież historycznym dokumentem, nie jest źródłem wiedzy o faktach – jest natomiast elementem zbiorowej świadomości (w tym przypadku narodowej) i jako taki nie może być oceniany wyłącznie pod kątem zgodności z faktami, tak jak nie ocenia się pod kątem zgodności z faktami mitologii greckiej czy bajki o Smoku Wawelskim.

Różnica między mitologią i baśniami a mitami narodowymi jest taka, że te pierwsze tłumaczą sens życia i całego świata a te drugie przedstawiają tylko jakiś wycinek rzeczywistości i są dla ich odbiorców źródłem innej wiedzy (i innej prawdy). Są niejako przypowieściami, sens ich jest do pewnego stopnia symboliczny i umowny. Ludzie takich mitów potrzebują i oczekują. Z niezwykłej umiejętności karmienia tej potrzeby i kreowania mitów wynika sukces wielu książek i filmów.

Tak, takie mity stają się też dla wielu ludzi źródłem jedynej wiedzy o historii, w której są osadzone. I w tym sensie na ich twórcach spoczywa odpowiedzialność za to, by prawdy nie ubarwiać. Z tym zgadzam się w pełni i jeśli coś takiego się dzieje, to oczywiście warto ten fakt sygnalizować. Byłoby zresztą dobrze, gdyby nie sygnalizowali go sobie wyłącznie historycy, lecz np. recenzenci o tym wspominali. Na nich też spoczywa odpowiedzialność.

„Sprawa honoru” jest książką hollywoodzką, napisaną tak, by czytelnika porwać, wciągnąć i zagrać na jego emocjach. Wątek biograficzny i militarny czyta się właściwie jak gotowy film, do tego stopnia że niektóre sytuacje czytelnik wyobrażać sobie może nawet ze ścieżką dźwiękową i pracą kamery. Tak pisze się dziś na zachodzie. Ja nie jestem zagorzałym zwolennikiem takiej parafilmowej literatury, ale nie sposób odmówić jej autorom tego, czego nie sposób odmówić amerykańskim filmowcom: to działa, to się dobrze czyta i ogląda.

Jestem zdania, że tylko w ten sposób można dziś w ogóle dotrzeć do świadomości z ludzi z wiedzą o tym, jak wyglądała druga wojna światowa z polskiej perspektywy. Co więcej, jestem zdania, że tylko w ten sposób można tym kogoś zainteresować i zachęcić do pogłębienia wiedzy fachowej. A ci, którzy nie pogłębią, co wyniosą z lektury?

Dowiedzą się mianowicie o Polsce kilku podstawowych faktów. Że w wojnie brała udział najdłużej, że nigdy nie skapitulowała, że nigdy nie kolaborowała z żadnym z totalitarnych reżymów, że miała największe i najbardziej sprawne podziemie, że poniosła najwięcej ofiar w stosunku do swojej populacji, że Polacy walczyli na wszystkich frontach, do samego końca i że na wielu z nich – w tym przede wszystkim w Bitwie o Anglię – udział ten nie był li tylko symboliczny. Dla nas, w Polsce, to żadna nowość, choć oczywiście my swoje narodowe mity rekonstruujemy dopiero o 17 lat. Dla Zachodu to często rzecz nieznana lub wyparta ze świadomości w poczuciu winy za to, co z Polską stało się po wojnie. To mało? To źle? Oczywiście, że nie. I nawet jeśli gdzieś w tej książce pojawiły się informacje, które są dyskusyjne – a to w historii przecież nie jest żaden wyjątek, to z podaniem źródeł i możliwością weryfikacji. Ale tych kilku podstawowych faktów o udziale Polski w wojnie nie zmieni weryfikacja, która by przyniosła wiadomość, że Polacy zestrzelili o połowę mniej samolotów. Nie o to w tym chodzi.

To oczywiście powinno być pisane, powinno być mówione, powinno być weryfikowane, ale nie w formie ataku na autorów, bo oni nigdzie nie przedstawili się jako osoby, które posiadły wszechwiedzę o polskiej historii. Nie odmawiają nikomu prawa do dyskusji, ale też nie napisali fikcji i nie można im zarzucać kłamstwa. Trzeba im – czy, na skalę naszych możliwości, naszym czytelnikom – tłumaczyć, uzupełniać, ale nie można negować sensu pisania takich książek, które budują narodowe mity. Bo narodowe mity leczą z narodowych kompleksów, które bywają groźne a na co dzień są li tylko szkodliwe.

Jeśli więc ta książka powiela błędy – zgoda, trzeba to rzeczowo krytykować. Jeśli jednocześnie buduje mit i czyni Polsce dobrą prasę na świecie, to trzeba się z tego cieszyć. Ja się cieszę.

Strona „Sprawy Honoru”
Ostra dyskusja na forum Muzeum Powstania Warszawskiego
Wyniki badań na temat dumy narodowej

Oglądając scenę walki z samolotami w King Kongu Jacksona zadawałem sobie jedno tylko pytanie; jak to możliwe, że tak rewelacyjna sekwencja znalazła się w tak głupim filmie, miast trafić do historii polskich lotników z drugiej wojny? To była oczywiście kpina, ale oto okazało się, że historia sobie ze mnie zadrwiła i dopisała do tego pytania odpowiedź.

W książce amerykańskich dziennikarzy Lynne Olson i Stanleya Clouda „Sprawa honoru” opisana jest bowiem biografia niejakiego Meriana Coopera, syna prawnika z Florydy. Dziadek jego, John Cooper, walczył ramię w ramię z generałem Pułaskim, rannego wyniósł go był z pola pod Savannah i przeniósł na okręt Wasp, gdzie generał dokonał żywota na jego rękach. Opowieść ta, przekazana przez rodzinę, uczyniła z Meriana człowieka pełnego podziwu dla Polski i Polaków. Los zaś uczynił go pilotem, który walczył w Europie. Zestrzelony, trafił do niemieckiej niewoli i tam doczekał końca wojny.

Chciał się jednak bić dalej i tak trafił do Polski, która właśnie broniła się przed bolszewikami. Zaoferował swoje usługi, zwerbował ochotników i tak powstała eskadra nazwana imieniem Kościuszki, drugiego polskiego bohatera młodości Coopera. Elliott Chess zaprojektował godło – krakowska czapka i skrzyżowane kosy na tle biało-czerwonych pasów i niebieskich gwiazd.

111.jpg

Dali się w znaki kozakom, Cooper trafił do sowieckiej niewoli, uciekł i powrócił do Warszawy ocalonej „cudem nad Wisłą”. Groby trzech pilotów Eskadry Kościuszkowskiej są we Lwowie, opatrzone inskrypcją „Polegli, abyśmy wolni żyli”. Pozostali wrócili do USA odznaczeni Virtuti Militari.

Eskadra im. Kościuszki oznaczona numerem 111 broniła Warszawy we wrześniu 1939 roku. Wbrew mitom jej stare samoloty nie zostały zniszczone na lotnisku i póki mogły, stawiały opór Luftwaffe. Sprzęt wytrzymał raptem kilka dni nieustannych walk. Potem przyszła klęska a piloci, którzy mieli szczęście dostali się do Francji, potem do Anglii, gdzie dokładnie w przeddzień pierwszej rocznicy wybuchu wojny w końcu dane im było znów podjąć walkę z nazistami.

Na ich samolotach widniało godło zaprojektowane przez Eliotta Chessa.

A co to wszystko ma wspólnego z King Kongiem? Merian Cooper w tak zwanym między czasie podróżował do Turcji i Laosu, kręcił dokumenty a potem napisał scenariusz i współreżyserował pierwszy film o wielkim gorylu, ze słynną sekwencją walki z samolotami. I tym sposobem mój żal do filmu Jacksona został ukojony. Już z zupełnie czystym sumieniem mogę sobie wyobrażać, że to polskie asy lotnictwa walczą z Luftwaffe.

Choć oczywiście do pełni szczęścia brakuje mi filmu pod roboczym tytułem „Sprawa honoru”. Wypada liczyć, że doskonale przyjęta książka skusi jakiegoś współczesnego producenta filmowego i wreszcie zobaczymy superprodukcję z gorzkim finałem w postaci parady zwycięstwa w Londynie. Tej, w której zabrakło Polaków.

Przypadek sprawił, że mam porównanie, widziałem bowiem zespół Lao Che na żywo po raz czwarty. Pierwszy raz kilka lat temu w CDQ zrobili na mnie wrażenie jak najgorsze – łomot i nieartykułowane wycie zupełnie mnie nie zainteresowały, stąd gdy usłyszałem o płycie „Powstanie Warszawskie”, byłem sceptyczny.

Potem z kolei były ciarki na plecach i totalna fascynacja albumem, która trwa do dziś. Z dwoma koncertami na terenie Muzeum Powstania Warszawskiego też było tak, że początkowo ich nie doceniałem (po części dlatego, że byłem na nich służbowo i miast skupiać się na przekazie musiałem zawracać głowę innym). Co ciekawe, przekonał mnie dopiero materiał z czerwcowego koncertu, świetnie połączony przez TVP z archiwalnymi zdjęciami z Powstania. Materiał, którym TVP nie bardzo chce się podzielić w celu wydania DVD – nic ponad 23 minuty wyemitowane 1. sierpnia ponoć nie mają. Trudno w to uwierzyć, bo nagrywali całość a ten kawałek to na samodzielne DVD trochę za mało. Stąd zapowiadane na marzec wydawnictwo wciąż nie powstało a na warszawskim koncercie dogrywano materiał wideo. Całość ma się ukazać w maju.

Tak czy owak w niedzielę byłem na pierwszym regularnym koncercie Lao Che – w zwykłym klubie a nie w niezwykłym miejscu, jakim jest Park Wolności. Stąd i ocena moja mniej jest emocjonalna, bardziej profesjonalna, jeśli wolno mi tak napisać.

Podstawowym problemem zespołu jest to, że materiał z drugiej płyty stanowi zamkniętą opowieść i trudno jest nie zepsuć jej dramaturgii, gdy przetyka się ją starymi utworami. A stare to w przypadku Lao Che oznacza trzy rzeczy: inne tematycznie (pierwsza płyta, „Gusła”, to również pewna opowieść, choć nie tak zwarta jak „Powstanie”, odwołująca się do tradycji i wierzeń plemion słowiańskich), inne muzycznie (cięższe) i przede wszystkim nie tak dogłębnie przemyślane. Nie sposób nie dostrzec różnicy, także dlatego że publiczność dużo lepiej zna drugą płytę.

Ale trzeba oddać szacunek; zespół włożył sporo pracy w takie połączenie dwóch odrębnych całości, by efekt nie nudził i by oba elementy nie tarły ze sobą. Podstawą pozostaje materiał z drugiej płyty obudowany dodatkami z pierwszej i bonusami z wydanego potem singla. Starczyło tego na bez mała dwie godziny bardzo intensywnego koncertu, w czasie którego zespół udowadnia, że sięgnięcie po punkowe motywy na płycie nie było przypadkiem. Hardcore, punk i chwilami „prasłowiańskie reggae” brzmią bez jednej nuty fałszu a zakrzykiwane co jakiś czas „oj” jest bardziej niż na miejscu.

W klubowym anturażu przekaz tego materiału traci swoją ostrość, tym bardziej że w nowych aranżacjach mniej jest sampli z historycznych przemówień (część z nich Spięty wygłaszał tym razem osobiście, co brzmiało zgoła złowróżbnie). Ale wciąż ma swoją siłę i niezmiennie powoduje ciarki na plecach. Ściana dźwięku i ekspresyjne zachowanie zespołu świetnie się uzupełniają.

Jedna tylko myśl popsuła mi odbiór tego koncertu. W pewnym momencie koło mnie przemknęło kilku postawnych, ogolonych na łyso kafarów w jasnych dżinsach. I choć mylić się mogę w ich ocenie, to nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w głowach ludzi o podobnej powierzchowności ostra muzyka połączona z prasłowiańskimi mitami i wydźwiękiem ostatniej płyty, który łatwo może być spłycony do jakiegoś antyniemieckiego resentymentu, że to wszystko może czynić z Lao Che zespół ulubiony przez jakiś narodowych oszołomów. Ta myśl mnie przestraszyła, uniesione pięści na sali straciły nieco ze swojego uroku a poczucie wspólnoty (do którego odwoływałem się zresztą we wpisie z 29.06.2006) na chwilę prysło. Niepokojąco cienka jest granica między tym poczuciem a jakimś parafaszystowskim rytuałem, choć może to tylko moja paranoja.

Ciekaw jestem jednak czy się zespół nie spotkał z takim właśnie odbiorem, tudzież z o propagowanie takich treści oskarżeniem, którego ja oczywiście nie formułuję. Zresztą jest to pytanie jak najbardziej aktualne, skoro Lao Che weszło w spor z TV Trwam, która bezprawnie podpięła ich występ pod swój materiał.

Ale to była tylko krótka chwila dystansu, po której dałem się jeszcze raz ponieść emocjom, które wyzwala ta muzyka. Miłym akcentem, który mnie uspokoił była biało-czerwono-biała flaga, która krążyła nad publicznością.
- Wolna Białoruś! – zawołał na koniec Spięty i okrzyk ten, jeśli znajdzie się na DVD, będzie śladem wczorajszych wyborów na Białorusi. O odbijaniu Kresów na szczęście nikt nie śpiewał ;)

4 z 7

4 komentarzy

Zakończył się właśnie warszawski, dziewięciodniowy tydzień koncertowy. W ciągu tego barokowo rozbuchanego tygodnia mieszkańcy stolicy, jak i przyjezdni rezydenci zobaczyć i, co ważniejsze, usłyszeć mogli na żywo całkiem sporo. Plan maksimum prezentował się imponująco:
* sobota, 11.03: Vavamuffin w Punkcie
* niedziela, 12.03: Solidarni z Białorusią na Rynku Nowego Miasta
* środa, 15.03: Tribute to Kryzys w CDQ
* czwartek, 16.03: Kult w Stodole
* piątek, 17.03: Yerbamater, Tabula Rasa i Kochankowie Gwiezdnych Przestrzeni w Punkcie
* sobota, 18.03: Fisz w Punkcie
* niedziela, 19.03: Naiv i Lao Che w Proximie

Wynik mam niezły, bo ponad połowę udało mi się zaliczyć. Niestety, z jakością było różnie.

Katastrofą nazwałbym występ Vavamuffin w Punkcie. Zespół wystąpił tam w roli gwiazdy na imprezie z okazji piątych urodzin Reggae Fazy – naprawdę trudno uwierzyć, że to już tyle czasu minęło od pierwszych podrygów w rytmie dancehall na Powiślu i nie tylko tam. A w jakich lokalach się te imprezy nie odbywały?! Dziś to jest już instytucja a wraz z jej zakorzenieniem także publiczność reggaeowa się nieco zmieniła. No i w Punkcie dało się odczuć, jak trendy jest dziś reggae. Trendy w tym kontekście oznacza, że na imprezach zaczynają się pojawiać dresiarze.

Na miejsce dotarłem dość wcześnie i radośnie oznajmiłem koledze, że z wejściem nie ma problemu. Okazało się, że chwilę po tym, jak dostałem się do środka, problem się pojawił, kolejka urosła a w środku zaczęło się robić tłoczno. Ponoć koło 22:30 wejść już się nie dało a kolejka wciąż stała. W środku produkowały się soundsystemy, z których kontakt słuchowy udało mi się nawiązać jeno z Tiszteletem. I tu zgłaszam zainteresowanie zobaczeniem ich na żywo po raz kolejny, bo to, co udało mi się usłyszeć brzmi ciekawie. Dobry kontakt z rozbawioną publicznością.

Vavamuffin miało grać koło północy, zaczęło koło pierwszej i mimo tak nieprzyjaznej dla młodzieży pory, klub wciąż był pełen, by nie powiedzieć wulgarnie, że był zajebany. Oczekiwanie na występ umilało nam każdorazowo półgodzinne oczekiwanie do toalety. Trzeba to sobie powiedzieć wprost: zespół, który dwa razy w ciągu dwóch tygodni zapełnia dwa kluby nie powinien grać w takiej małej piwnicy. W ostatnich dniach lutego, w CDQ też było tłoczno i potwornie gorąco, ale przynajmniej koncert się udał – tu oprócz morderczego tłoku niestety zawiodła technika; co chwilę coś się rozłączało, bo publika napierała na sprzęt a odsłuchy nie działały, więc zespół, choć robił co mógł, wypadał mizernie.

Mimo tej porażki, Vavamuffin pozostaje dla mnie koncertowym niemal pewniakiem – już wyczekuję jakiegoś koncertu w plenerze a nie w dusznej sali. No i całkiem pysznie się zapowiadają nowe kawałki („Baba” i „Nigdy”). Niestety, płyta dopiero jesienią, ale wcześniej wyjdą remixy „Vabang!” a nowy kawałek „Nigdy” można ułyszeć na składance „Far away from Jamaica” [www.wmoichoczach.com.pl].

Koncert Solidarni z Białorusią udał się chyba tak, jak miał się udać, czyli telewizyjnie. Utwór, para aktorów z serialu, utwór kolejny itd. Białoruscy muzycy wyraźnie onieśmieleni, polskie klasyki z lat 80. w ich wydaniu raczej drętwe a wszystko to przycięte do potrzeb transmisji.
- Proszę przesunąć te flagi, bo zasłaniają kamerę – ot, spontaniczność.
Pomarańczowego ducha sprzed roku nie uświadczyłem, zmarzłem strasznie i poszedłem sobie w cholerę dość szybko. Potem ponoć zaczęły się te koncerty, których TVP już na żywo nie pokazała i było lepiej.

Ale w tej imprezie nie chodziło przecież o muzykę – dla tych nielicznych opozycjonistów na Białorusi samo zdjęcie tłumu z biało-czerwono-białymi flagami w Warszawie będzie wiele wartym sygnałem, że nie są sami. I o to chodzi, więc warto było zmarznąć.

W środę do CDQ dotarłem z obawą, że przyjdzie mi wysłuchać trzeciego słabego koncertu w ciągu tygodnia. Na szczęście tak się nie stało, choć początki były ciężkie. Amok – zabijcie mnie, nie zapamiętałem czy to ksywka jednego z członków, czy nazwa zespołu – dał jakiś przedziwny happening, który zdecydowanie był hołdem dla kryzysu. Z małej litery, za to dosłownie.

Potem mogło już być tylko lepiej. Starzy Singers z towarzyszeniem gości, których ciężko wymienić dali bardzo fajny koncert złożony z klasyków Kryzysu. Tego właściwego. Błysnął formą Muniek Staszczyk, marzenie życia zrealizował kosztem publiczności Dunio, słowem punk, żadne tam pierdolenie.

A potem na scenie pojawił się Kryzys w składzie bliskim pierwotnemu i zagrał po prostu mocny koncert. Nic więcej nie mam do dodania; widziałem Kryzys na żywo.

Drugą część składanki „Tribute to Kryzys” można będzie niebawem kupić W Moich Oczach – polecam, jest lepsza od pierwszej, ciekawsza, bardziej różnorodna.

Koncert Kultu w Stodole wymieniłem tylko dlatego, by wspomnieć, że się na niego nie wybrałem :P
Znak czasu.

Dwa kolejne koncerty darowałem sobie przede wszystkim z racji urazu żywionego od soboty do Punktu. Po prostu nie chciałem znów stać w kolejce do kibla, więc gdyby ktoś wiedział, że powiększyli ilość dostępnych kabin, to proszę o sygnał.

Natomiast niedzielny koncert Lao Che opiszę w osobnej notce, bo rzecz na to zasługuje.

Wdałem się w (dość jednostronny) dialog z jednym z tekstów Michała Olszewskiego. Co by rzecz ulotną utrwalić wklejam. Ale najpierw link do tekstu:

http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,42699,3133475.html

Ten samochod z lodami to naprawde mit. Dlugo myslalem, ze to autoalarm, potem ktos mowi: „Lody.”
- Jakie lody? – pytalem. I wciaz nie jestem przekonany, bo czasem ta syrena wyje w srodku zimy. – Ta, lody, jasne… – mysle sobie wtedy. Nigdy nie widzialem tego samochodu, choc czasem slysze go glosniej. Nie wierze w te lody. I nie uwierze, dopoki nie zobacze a nie zobacze, dopoki nie kupie zestawu do odbioru telewizji satelitarnej, jak mawia stare ludowe porzekadlo.

A trzepanie wcale nie zniknelo, ludzie nadal trzepia (i wcale nie mam na mysli tego, co Wy wiecie a ja rozumiem, tylko naprawde chodzi mi o dywany). Na moim osiedlu sa trzepaki i czasem slychac, ze robi sie z nich uzytek, choc moze nie tak czesto jak kiedys. Dzieci sie juz na nich nie bawia, to prawda, ale dywan sam trzepalem pol roku temu. Strasznie tego nie lubie, zmusila mnie niemal awantura. Na nic zdaly sie argumenta, ze trzeba miec zasady i ja mam dwie, mianowicie nie nosze kalesonow i nie trzepie dywanow.

Faktycznie, jakby bardziej czyste. Przez tydzien.

A w pokoju mam taka tabliczke:
Trzepanie dozwolone od 8 do 11 i od 16 do 20 za wyjątkiem niedziel i dni świętecznych.
Staram sie stosowac do tego przepisu jak juz musze wytrzepac (dywan, podkreslam). I moze to jest odpowiedz? Moze trzepiacy dywany sa legalistami i trzepia, jak jestesmy w pracy, w dni powszednie?

A w weekend komu by sie chcialo? Na zakupy trzeba jechac, do centrum handlowego, tam promocja dywanow po 49 zlotych groszy 99.
- Luśka, kupimy, sie te stare szmaty wyrzuci, bo brudne.
- To wytrzep!
- Nic nie da.
- To kupmy…

Co i raz warszawskie ubikacje uraczają mnie wszak takimi widoczkami, że choć konkurs nie cieszy się powodzeniem, żal nie opublikować. I tak oto w ostatnią środę – to jest podpowiedź – oglądaliśmy kibelek z wkładką: „Insider – obudź w sobie sukę”.

kibelek04.jpg

Na sam widok coś się we mnie budzi ;)
Wie ktoś gdzie to?

O ile mnie pamięć nie myli, na pvek.blog.pl się ten odcinek nie pojawił. A szkoda, bo dobry. Sfotografowany u kolegi.

pvek.jpg

Dialog jest taki, mniej więcej:
- Ty, a jak się właściwie podrywam dziewczyny NIE przez internet?
- Hm… Poczekaj, sprawdzę google.

ogłoszenie

1 komentarz

Sporo nowych linków po prawej.
Jeśli ktoś tu zagląda, to polecam.


Odkąd przestał pracować w gazecie, minął rok. Utrzymywał się teraz z drobnych tłumaczeń z francuskiego i szwedzkiego. Po redukcji etatów mówili sobie z Anną, że to dobrze, że i tak chciał to rzucić i zacząć pisać dla siebie. Miał dość miejsca nr 1017 na podziemnym parkingu, wsiadania o 7.55 do windy C, wysiadania na ósmym piętrze, przerwy obiadowej o drugiej po południu. Praca w gazecie zlewała mu się teraz w jeden, powtarzany do znudzenia przez dziesięć lat, dzień. Wziął łyk kawy. Z obrzydzeniem odstawił filiżankę. Wrzucił dwie kostki cukru i znowu się napił. Dziesięć lat, które można zamknąć w jednym dniu.

„Jak człowieka w trumnie – pomyślał. – Tylko, gdzie ja wtedy byłem?”

gościnnie
Mikołaj Łoziński
Reisefieber


  • RSS