roody102 blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2006

Ulica Sezamkowa

1 komentarz

Dziś w metrze spotkałem Wielkiego Ptaka.

wielki_ptak.jpg

program.jpg

Hej, Mr. DJ! Dla mnie Praga to jednak na zawsze pozostanie inna planeta, inny kraj.

Kolega komentujący przypomniał, że swego czasu popełniłem recenzję poprzedniej solowej płyty Kazika, którą tytułem nawiązania niniejszym przytaczam.

41.jpgZainspirował mnie jeden zakochany w tej płycie. Zakochany nastolatek i stara, zmęczona dziwka z lekko sadystycznymi zapędami – prawda, że inspirujący obrazek? Tak sobie myślę, że w tym kontekście kluczową jest piosenka o Krysi, o tych narzędziach, co ona ma je w torbie… Jawi mi się teraz – najbardziej pozytywna na płycie, przypominam – jako rzecz o relacji zblazowanej starszej kobiety ze specyficznymi upodobaniami z nastolatkiem weń zapatrzonym.

I podobnie trochę rzecz się ma z całą płytą – jeśli by ją chcieć do kobiety porównać, to nie byłaby to raczej pizdeczka tylko zmęczona życiem kurwa, która klienta-słuchacza boleśnie gwałci czerpiąc z tego niewielką tylko przyjemność. Techniki stosuje perfidne – to, co lat temu kilka, z Mazzollem jawiło się jako perwersyjna, ale jednak zabawa, tu staje się środkiem dominacji nad nieco zagubionym słuchaczem, który wszak nie powie Staszewskiemu-dominie, że ma już dość. Widać to na forum – nie wiem, nie wypada? Jest tu więc yass w wersji radykalnej i mrocznej. Myślę, że sam Mazzoll do takich rejonów nie dotarł – za bardzo się na sobie koncentrował, masturbował się. A Kazik się – nieświadomie albo raczej mimochodem – znęca. Jest na tej płycie kilka fajnych patentów – echa, pogłosy, sample. Wiertarka na przykład, dokładnie: ta płyta się wwierca w głowę. Ja dość miałem po kilku minutach a po kilku utworach musiałem zrobić przerwę za pierwszym odsłuchem. Nie wyobrażam sobie, komu 12 minut „Stalingradu” może mijać szybko i z przyjemnością? Przerażające jak i sam utwór. Słowa pozytywna czy optymistyczna użyć w stosunku do tej płyty nie jestem w stanie.

Jeszcze bardziej zabawne jest określenie zajebiste w stosunku do tekstów. Ale mówi mądrze kolega; co ma powiedzieć ktoś kto się umie poruszać wyłącznie w ramach dychotomii zajebieste – chujowe gdy powiedzieć, że chujowe nie wypada? W ogóle śmieszy mnie, gdy w ocenę bolesnej płyty o prawdach dość dorosłych, nagranej przez nieco pogubionego 41-latka mówią latki najwyżej nasto. Sam mam poważne opory, przed stwierdzeniem, że ją rozumiem. Ten sam kolega powiedział, że czuje się z tą płytą trochę tak, jakby stary kumpel mu się zwierzał w jakimś niezrozumiałym języku, którego się po nim nie spodziewał. Ja mam inaczej. Mnie się zdaje, że on nie tyle się zwierza, co bredzi w malignie. Że siedzimy na jakiejś melinie, otumanieni dragami i szlugami a on zdaje relację ze swoich chorych jazd, w których rzeczywistość polityczna, historyczna, książkowa i przede wszystkim filmowa mieszają się, tworzą jakieś potworne wizje, zalewają jak szlam. Mówi mi właśnie, że to zaczyna się zawsze tak samo a głos dudni we łbie… Gęsto to jest do mniej lub bardziej świadomych skojarzeń, przypomina to trochę „Wojnę polsko-ruską…”, też podobny zlew tylko że tam był speed a tu jest ładowanie w kanał po całości, ewentualnie tylko czasem przerywane okresem względnej trzeźwości, szybko jednak zapijanej burbonem (przygoda z Waitsem niezaprzeczalnie tu się niesie ciężkim echem). Drażni rzeczywistość, drażni moda, drażni polityka większa i mniejsza, nowsza i starsza. Boli, wkurwia, złości… Gorycz (dziś raj na wyciągnięcie ręki mam), rzadziej drwina („Anarchia w WC”, dedykowana prawdziwym pankom, jak mniemam), w chwilach przytomności autoironia (echa poprzednich płyt w postaci sampli przede wszystkim) też wszakże goryczą podszyta.

Ja tego kolegi bełkoczącego nie rozumiem wprost, niektóre jego słowa jawią mi się jako bełkot, inne porażają wulgarnością (nie wulgaryzmami, choć tych więcej jest niż zwykle w oracjach tego kolegi, tylko całościową wulgarnością właśnie), fragmentarycznością, brakiem ciągłości, logiki, spójności. A jednak słucham go i chwilami wiem, co go boli. Sporo młodszy, ale szereg różnych rzeczy, których nie da się nazwać ani z tej magmy wprost wyrwać wydaje mi się troszkę znajomych. Tyle tylko, że u mnie to są póki co stany chwilowe, nie ciąg. A tu mamy ciężki, dołujący ciąg. Trudno więc powiedzieć, że mi się ta płyta podoba. Ona mnie męczy, niszczy, dołuje, ale perwersyjnie jednak fascynuje i przeraża mnie raczej to, jak rzecz Kazik opisał. Z tym, że nawet kiedy czuję, że wiem co artysta chciał powiedzieć, to nie aż tak, bym zaczął to darzyć nastoletnim zakochaniem. O nie, raczej boję się każdej wizyty tej kochanki. Więc nie wiem, czy się cieszyć, że dzisiaj przyjeżdża Krysia…

Mam wrażenie, że mi wyszedł opis cięższy znacznie, niż to, co ja naprawdę czuję. Aż taki emocji to jednak nie wywołało, ale jakoś inaczej nazwać tego nie mogę. Czyli podziałało mocno. Niemniej uważam, że dodałem tą recenzją więcej treści, niż w istocie jest na tej płycie.

Kazikowiec, co Ci mogę powiedzieć? Radziłbym Ci posłuchać Phila Collinsa… face>

Orginalnie opublikowana na forum 3xK 12.10.2004.

Naszło mnie własnie takie pytanie: dlaczego w tytule przelewu wpisuje się „zasilenie” skoro ta operacja wywołuje osłabienie?

Zakupy zrobione.
Długi spłacone.
I znów można się zaciągnąć…

Ogłaszam konkurs (bez nagród, jeśli nie liczyć chwały i glorii). Warszawskie toalety ;) Oto pierwsza z nich – a właściwie detal, który rzucił mi się w oczy i zainspirował. Proszę, wie ktoś? :)

kibelek01.jpg

… czyli krótko o tym, co w mijającym roku, w muzyce zrobiło na mnie największe wrażenie – najpierw negatywne

kult-pi.jpgkazik-los.jpgkazik-los-ep.jpgkazik-w_polske-ep.jpg

O zawodzie roku napisałem w poprzednim wpisie – dobra muzycznie płyta Kultu, „Poligono Industrial” z pomocą Kazika staje się trudnostrawna. Ale jeszcze gorzej było na płycie solowej, której tytuł – „Los się musi odmienić” – jest zarazem jej najlepszą recenzją i pobożnym życzeniem. Najciekawszym fragmentem jest piosenka „W Polskę idziemy” (na singlu w ośmiu wersjach, co – o dziwo – wcale nie jest nudne), co potwierdza że Kazik stał się etatowym interpretatorem utworów napisanych przez innych muzyków. Po niezłych płytach z melodiami Kurta Weilla i piosenkami Toma Waitsa, gdzie pokazał, że wciąż umie przekonująco zaśpiewać niełatwe przecież utwory nagrał jednak dwie słabe płyty solowe i jedną z Kultem na których dał już tylko dowód tego, że we własnej twórczości oddalił się w rejony tylko dla siebie w pełni zrozumiałe.

lao_che-pw.jpglao_che-czerniakow.jpg

Ale dajmy już spokój Kazikowi i przejdźmy do wydarzeń naprawdę wartych utrwalenia. Nie mam żadnych wątpliwości, jaka płyta była wydarzeniem roku a może nawet znacznie dłuższego okresu. To „Powstanie Warszawskie” płockiej grupy Lao Che. Problem w tym, że pisałem o nich już kilka razy i teraz ciężko mi stworzyć coś nowego. Poza tym jak opisać płytę, która od pierwszego do ostatniego dźwięku rozkłada człowieka na łopatki i z żelazną konsekwencją sączy w człowieka punkowy brud, powstańczą złość, narodową dumę i energię, która powoduje, że przez chwilę można poczuć uniesienie, o którym można śmiało powiedzieć, że zbliża słuchacza do tego, co czuć musieli sami powstańcy? Upraszczając można powiedzieć, że siła tej płyty polega na tym, że przekonuje powstańców do punka, punków do powstania. A to jest osiągnięcie wielkie i to w skali daleko przekraczającej muzyczne podsumowanie roku.
Liczę, że TVP nie prześpi sprawy i w sierpniu wyda na DVD koncert Lao Che zarejestrowany w Muzeum Powstania Warszawskiego, o którym pisałem tu wcześniej. Widziałem fragment tego materiału zmontowany z archiwalnymi zdjęciami i filmami, postarzony, w sepii – liczę, że to przymiarki do tego wydawnictwa.
Nieco zawiódł wydany na 61 rocznicę singiel „Czerniaków” – wyprodukowany w pośpiechu nie ma w sobie tej siły, którą ma płyta i koncerty.

vava.jpg

Zmieniamy nastrój, ale zostajemy w Warszawie. „Vabang!” zespołu Vavamuffin to płyta na wskroś warsiaska, czerpiąca pełnymi garściami z mitu i klimatu Grzesiuka, ale przekładająca go na język reggae… I co się okazuje, że „Vava to reggae town”, czego najlepszym dowodem był niezwykły koncert na Polu Mokotowskim wpleciony w imprezę z okazji dnia dziecka. Ni stąd ni zowąd w środku powszedniego dnia, w samym Centrum Warszawy usłyszeć można było dawkę radosnej, pozytywnej muzyki, pełnej dobrego nastroju i miłości do otaczającego świata. Jak reggae nigdy nie budziło we mnie emocji, tak przy tej płycie poczułem się w pełni warszawskim rasta. Proszę źle nie zrozumieć, nie robię dredów, nie noszę się na czerwono-żółto-zielono. Po prostu z radością słucham płyty, która podładowuje baterie, wymusza uśmiech na twarzy nawet wbrew chwilowym brakom humoru. Ska, reggae i hip-hop w idealnych proporcjach, doprawione warszawskim klimatem – i efekt jest piorunujący!

bep.jpgmania.jpglinda.jpgfru.jpg

I to by były te rzeczy, które wywołały największe emocje. Po cichu mogę się przyznać, że ostatnio moim ulubionym zespołem są Czarnookie Groszki, ale to głównie w wersji video. Miłe wrażenie odniosłem z lektury płyty „Miasto Mania” Marii Peszek, choć nie jest to moim zdaniem wydarzenie epokowe. Ciekawie brzmi płyta Świetlików z Bogusławem Lindą, ale traktuję to w kategoriach happeningu. Złego słowa nie powiem o „Fru!” Fisza & Envee.

Kilka innych płyt, które grały u mnie w minionym tym roku to wydawnictwa z 2004: Sidney Polak, Tymon & The Transistors z filmu „Wesele”. Na podobnej zasadzie za rok wspomnę o tym, czego w tym roku porządnie nie przesłuchałem, a czego jestem ciekaw: „Piła Tango” Strachów na Lachy, Dick 4 Dick, Andruchowycz i Trzaska, Olaf Deriglasoff, debiutancka płyta Łąki Łan. Może znajdę czas, by poświęcić im trochę miejsca.face>

kult-pi.jpgTa płyta to miłe zaskoczenie. Miłe, bo na tle wszystkiego, do czego w ostatnich latach przyłożył się Kazik wyróżnia się pozytywnie przynajmniej w warstwie muzycznej. I o niej chcę napisać najpierw

To dobra płyta, która wbrew opinii lidera Kultu udowadnia, że rock to wcale nie skamielina, lecz całkiem niezła opoka, na której wciąż można zbudować coś brzmiącego z jednej strony znajomo i rozpoznawalnie a z drugiej ciekawie i intrygująco. Płyta mocna, rockowa, wzbogacona świetną sekcją dętą, oparta na dobrej sekcji rytmicznej. Sięga po egzotyczne brzmienia, sample (wśród nich wiele zgrabnych cytatów i autocytatów). Zdarzają się wprawdzie utwory męczące i trochę za długie, ale to raczej nie wina złej kompozycji tylko tego, że staje się ona tłem dla nudnego tekstu. Najjaśniejszy punkt to utwór „A kiedy nic was nie ochroni” – piosenka oparta na prostym riffie, z tekstem, którego przekaz jest na tyle prozaiczny, że Kazik nie miał zbyt wiele miejsca na słowne wygibasy. Ale już wplecione „Oj! Oj!” brzmi jak jęk wysiłku, niż jak punkowy zakrzyk.

I tak niestety jest na tej płycie częściej. Teksty są głupie, niedopracowane, bez pomysłu i sensu – a nawet jeśli ślad sensu się pojawia, to są to najwyżej echa tego co – i przede wszystkim jak – Kazik pisał kiedyś. Razi prosty antyklerykalizm, płytki ogląd rzeczywistości i pojawia się pytanie: czy zawsze tak było i tylko świetność formy to maskowała, czy też po prostu coś się zepsuło?

W tym kontekście pretensje do reszty zespołu wyrażone w piosence „Pot i Kreff” („Czy wy się nie wstydzicie? / Takie piosenki tutaj do mnie przynosicie”) zakrawają na kpinę – to muzyka stanowi o tym, że „Poligono industrial” nadaje się w ogóle do słuchania. Może wewnątrz zespołu takie żarty uchodzą – z boku to jednak dość przykre. „Irytuje całkiem okropieństwo” użytych w nadmiarze wulgaryzmów, które w najlepszym z czymś się rymują, ale niczego nie wyrażają. Udany fragment, to wierszyk o dwóch paniach wpleciony – bez związku zresztą – w piosenkę „Bracia”.

Kwintesencją problemu jest płytowa wersja piosenki „Kazelot” – tekst został przełożony na język hiszpańskopodobny. Równie dobrze mogło być murmurando – utwór by na tym zyskał. Straszne jest to, że dobre melodie zapadają w pamięć i człowiek potem nuci pod nosem te głupoty.

Szkoda, że onomatopeiczne teksty Kazika nie dorównały muzyce, która jest lepsza od tej z płyty „Salon Recreativo”. Po latach z „Tatą Kazika” i różnych poszukiwaniach Kult ma nowe, oryginalne brzmienie – nie rezygnując z tego, co jest znakiem charakterystycznym (dęciaki, klawisze) gra muzykę świeżą.

W kategoriach porażki należy traktować bonusowy, ukryty utwór: ukryty tak, że mało który odtwarzacz jest w stanie go odtworzyć. A szkoda, bo wyproszona przez fanów „Kasta pianistów”, utwór z zamierzchłej przeszłości zespołu w nowej aranżacji brzmi świetnie, choć na płycie ściana dźwięku z instrumentów dętych nie przytłacza tak, jak dzieje się to na koncertach. Miała być miłą niespodzianką a jest tylko przypomnieniem, że „lepszych dni nie będzie już”.

Kult – Poligono Industrial
SP Records, 2005
size>face>

jarhead.jpgChciałem napisać parę słów o tym filmie i w poszukiwaniu nazwisk zerknąłem tu. Przeczytałem i teraz mi głupio, bo czuję się tak, jak on napisał: przyszedłem z innymi oczekiwaniami. Siłą rzeczy zamiast recenzji będzie więc polemika z Felisem.

Film mądry? Przewrotny? Moim zdaniem niestety nie. Ten film jest płytki, płaski ale przez to wcale nie przybliża mnie do tego, czym była wojna w Iraku. Przez to staje się raczej laurką dla rodziców tych żołnierzy, którzy są tam teraz; pokazuje im Irak jako pustynię, gdzie właściwie nie ma wroga poza nudą, która owszem, prowadzi większość tych chłopaków do różnych głupot, ale nie straszniejszych, niż to, co robiliby w domu.

Oddział do którego należy bohater – nawiasem mówiąc ma to być elitarna ósemka wybrana z kilku dziesiątek a jest grupa osób, z których żadna nie nadaje się na żołnierza, nie mówiąc o byciu w elitarnej jednostce snajperów – wraca do domu w całości, więc widz nie jest świadkiem żadnego dramatu. Felis pisze, że to przewrotne a moim zdaniem to po prostu czyni ten film obyczajowym a nie wojennym.

Film łamiący schematy? W grupie bohaterów mamy błazna, fajtłapę, kretyna i faceta z przeszłością kryminalną – ani to wiarygodne ani oryginalne. Gdy już zdaje nam się, że wrzeszczący na chłopaków w trakcie szkolenia dowódca okaże się na froncie człowiekiem z jakąś tam psychologiczną złożonością reżyser pokazuje, że to trep który nieartykułowanymi dźwiękami daje do zrozumienia, że kocha tą robotę.

A kino zna przykład lepszych trepów – do tego z „Full Metal Jacket” jest mu daleko, choć postać jest na nim wyraźnie wzorowana. Zresztą pierwsza część filmu składa się głównie z cytatów z filmów o Wietnamie – chłopcy oglądają „Czas apokalipsy” w kinie, potem dostają kasetę z „Łowcą jeleni” (okazuje się wprawdzie, że jest na niej pornos domowej roboty, ale cytat pozostaje cytatem). Jest więc i Wagner, są The Doors (słusznie pyta słysząc ich jeden z żołnierzy, czy na swojej wojnie nie mogą mieć swojej muzyki, tylko muszą mieć tą z Wietnamu). I to są dobre nawiązania, momentami śmieszne, momentami straszne, ale niosące ze sobą treść.

Ale to tylko momenty – cały film to tylko teledysk, woja pokazana jak w MTV (z dobrymi piosenkami, choć trudno powiedzieć, by składały się one na dobrą muzykę filmową). Ze słabymi zdjęciami, marną narracją i jedną sceną, której brutalność w sensie dramaturgicznym nic do filmu nie wnosi (gdy oddział natrafia na zwęglone ciała irackich uchodźców). To budzi emocję, ale tylko na chwilę, jak klip na MTV.

Jarhead. Żołnierz piechoty morskiej
Jarhead
USA, 2005
Reżyseria: Sam Mendes
size>
face>

Promocja

Brak komentarzy

Warszawiacy mówili kiedyś, że najpiękniejszy widok na miasto jest z tarasu na 30. piętrze Pałacu Kultury, bo to jedyne miejsce skąd samego pałacu nie widać. Już nie jedyne – stoi teraz pod pałacem największa (ponoć – sprawdzał to ktoś z linijką?) choinka w Europie. A właściwie nie tyle choinka, co wyrób choinkopodobny; 70-metrowa konstrukcja ze stalowych rurek, która mruga pierdyliardem kolorowych żaróweczek i diodek elektrodek. Mnie to tam się średnio podoba, ale sam widziałem, że tłumy pielgrzymują, zdjęcia sobie robią na tle i te de. Niech tam, ja chcę tylko powiedzieć, że trąbić to będzie o czym, jak ktoś kiedyś zrealizuje pomysł – inspirowany zresztą poniekąd wcześniejszym wpisem i w ogóle działalnością Cristo oraz pomysłem Arkadiusa na opakowanie PKiN – by – to ten pomysł, mój, własny, tantiemy i wszystko inne dla mnie! Będę bogaty! – by więc przerobić PKiN na wielką choinkę. Kształt już ma, tylko trochę (no dobra, trochę większe trochę) zielonego płótna, siedemdziesiąt miliardów lampek i gotowe.

I wtedy to by się było czym pochwalić, co pokazać i nikt by linijki nie potrzebował, by stwierdzić, że mamy największą choinkę. Okej, niech tam, rezygnuję z tantiem i niniejszym sprezentowuję (jest takie słowo?) ten pomysł miejskiemu biuru (takie słowo, choć dziwne i choć wywołało uśmiech na forum gazety ostatnio, gdym go użył w tekście, jest) promocji. Do wdrożenia w latach następnych.


  • RSS