roody102 blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

Napisałem kiedyś kilka recenzji dla tego portalu. Proszę wziąć poprawkę, że fan pisze do fanów ;)

TNG: Q Who
TNG: Yesterday’s Enterprise
DS9: Empok Nor
DS9: Sons And Daughters
DS9: The Magnificent Ferengi
DS9: Who Mourns for Morn?

——————————
Popełniłem też recenzję pełnometrażowego filmu
Star Trek X: Nemesis.

Troszkę się woziłem z recenzją nowego Star Treka, bo, po pierwsze, nie miałem czasu, po drugie, chciałem ochłonąć. Nie chodzi o to, że takie wrażenie na mnie zrobił, ale chciałem pisać po „odleżeniu się” tego filmu. I to jest właśnie problem ze Star Trekiem – po odleżeniu się to już niewiele po nim zostaje.

Ja nie jestem radykalnym miłośnikiem tej serii, gdyby porównać ze zboczeńcami, którzy sobie operacja plastyczne uszu robią, żeby wyglądać jak Wulkanie. Z drugiej strony, znajomi mnie uważają za chorego na tym punkcie, bo wyraziłem chęć posiadania munduru floty gwiezdnej. No i pamiętam co nieco ze Star Trekowej chronologii – na niewtajemniczonych robi pewne wrażenie, gdy dwie osoby wspominają bitwę pod Wolf 359, która odbyła się w roku… No dobra, nie pamiętam. Ale jedno jest pewne – atutem tego serialu jest, że wciąga w fikcyjny świat, pozwala się w nim odnaleźć i sprawnie poruszać. I dla ludzi, którzy tak właśnie mają, ten film jest na pewno czymś innym niż dla zwykłego widza.

Dla kogoś, kto ma pojęcie o serialu, będzie to uczta. Nie dlatego, że jest on jakiś rewelacyjny – przeciwnie, wiele pomysłów, które się w nim pojawia, było już w odcinkach różnych pokazywane, ponadto serial, a szczególnie seria z ta właśnie załogą, miał ambicje i poruszał czasem różne poważne dylematy i pytania. W jaki sposób na nie odpowiadał, to inna kwestia, ale że zadawał w nowy sposób stare pytania, to pokazuje przykład Marksa i mnie, którzy potrafiliśmy dyskutować po nocach nad czymś, cośmy z danego odcinka wyciągnęli i były to problemy egzystencjalne, filozoficzne, społeczne a także z dziedzin ścisłych. Dla fana ten film będzie po prostu „wypasionym” odcinkiem, a to dlatego, że trwa on tylko trochę dłużej od zwykłego odcinka serii a budżet miał za pewne kilkanaście razy większy. Jest po prostu bardzie rozbudowany. Ani najlepszy scenariusz, ani najgłębsza fabuła, ani nawet osadzenie w trekowej rzeczywistości nie za mocne.

I to jest właściwie już aspekt tej drugiej perspektywy, zwykłego widza. Ten i poprzedni pełnometrażowy film to już produkty, które miały nie tylko zadowolić fanów Star Treka, ale i przyciągnąć do kin „zwykłych” ludzi. Czy to się udało? Chyba nie, bo wyniki finansowe filmu podobno nie zadowoliły Paramount Pic. i w związku z tym jest duża szansa, że będzie to ostatni film z tej serii. W USA trawają jeszcze chyba wciąż prace nad kolejnymi sezonami najnowszej serii serialu, ale ona z kolei nie zadowala fanów, a nowych też nie przyciąga. Czym jest najnowszy Trek z perspektywy normalnego widza, to ja do końca nie umiem ocenić, ale spodziewam się, że niczym, ponad zwykłe SF, sprawnie zrobione, z kilkoma niezrozumiałymi dla nich żartami i sytuacjami. No bo, żeby uśmiechnąć się na widok pijanego Worfa, to trzeba trochę wiedzieć o Klingonach. Żeby zrozumieć żart Picrada do Rikera („Panie Troy”) to trzeba widzieć dobrze kto jest kim na pokładzie, a tego nie ma w filmie – tu od razu są bohaterowie. Dla fana postaci ze skomplikowanymi biografiami, z siecią wzajemnych relacji – dla zwykłego widza jest to chyba niezrozumiałe, bo nie ma on tej wiedzy.

A z drugiej strony wymóg dostosowania tego obrazu do odbiorcy nie znającego tych szczegółów powoduje, że fan może mieć uczucie, że powtarza mu się rzeczy oczywiste, że się go traktuje jak idiotę. Taki to efekt – film robiono pod dwa targety a żaden nie będzie w pełni zadowolony.

Ale ze Star Trekiem, jak z alkoholem – nie ma byłych trekkies. Są tylko zaleczeni. I nie znam takiego, który przepuści temu filmowi. Nie znam takiego, któremu puls nie przyspieszy na widok znajomego statku i twarzy z załogi. I jeszcze raz, na 110 minut, dadzą się przenieść „tam gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek”. Na chwilę znów poczują, że chcieliby skończyć Akademię Floty i zostać członkiem załogi Enterprsie. Ja w każdym razie tak miałem. Głupie? Nie jest to szczególnie groźne uzależnienie, a jakież przyjemne. A że nie wszyscy je rozumieją? Ich strata.

Jeden do teleportacji.
Engage!
——————————
Tym sposobem temat Star Treka mamy zamknięty, chyba że kiedyś napiszę coś nowego.

Niestety, tekstu z którym polemizuję nie ma w serwisie www.gazeta.pl, nie mogę podlinkować.

Tarzan kochać Polska

W „Pokoleniu Tarzanów” („Gazeta Wyborcza”, 20 czerwca) Michał Danielewski polemizuje z zachwytem ekspertów nad wynikami badań „Młodzi 2005”. Jego zdaniem radość z faktu, iż „młodzi sobie radzą” przysłania inny problem; że przyszło im żyć w gęstej dżungli. Nazywa ich Tarzanami, by zaraz potem wprowadzić na scenę postać „mądrego białego człowieka” – źródło wszystkich nieszczęść. To on „dba o to, by Tarzan nigdy nie spotkał w swoim życiu ideologicznej Jane, w której mógłby się zakochać”, twierdzi Danielewski. „Białym człowiekiem” jest starsze pokolenie wmuszające Tarzanom jedynie słuszny kierunek: amerykański sen, który w polskich warunkach rzadko się spełnia. W tej metaforze jest gorycz, rezygnacja i jest tęsknota za ideą, która porwałaby tłum Tarzanów. Ideą, której nie umieją zapewnić politycy. „Trudno się dziwić, że [młodych] nie interesuje ich polityka, skoro nie interesuje ona nawet samych polityków”.

Danielewski błędnie utożsamia jednak sfery polityki i idei. To, że młodzież odwraca się od polityki (a raczej od polityków) nie oznacza bowiem, że nie szuka idei gdzieś indziej. Nie podzielam romantycznej tęsknoty za ideą, która pojawi się znikąd i wyrwie Tarzanów z dżungli. Nie podzielam, bo nie jestem romantykiem, ale przede wszystkim dlatego, że ta idea już jest. „Młodzi 2005” odrzucają kariery za wszelką cenę, kontestują świat oparty na konsumpcji i powoli oswajają się z obecnością zupełnie innej „Jane”: Polski. Tarzani powoli się w niej rozkochują. W widać, że wcale nie spieszą się już zagranicę. Ale to nie jedyna przesłanka.

Jeszcze dwa lata temu stroniłem od nadużywania słowa „Polska” i rzadko deklarowałem się jako patriota. Epatowanie narodowymi hasłami kojarzyło mi się z radykalizującą się prawicą. Zniesmaczony i zmęczony niemocą kolejnych rządów zgłaszałem – jak wielu moich rówieśników, także na łamach „Gazety Wyborczej” – gotowość do wyjazdu z kraju, z którym coraz trudniej było się identyfikować. Dziś – choć radykalizm prawicy sięga szczytów wtedy niewyobrażalnych i choć w publicznym dyskursie pojawia się złowróżbny kolor brunatny – mam poczucie, że te siły Polski jednak nie zawłaszczą. Ich sukcesy są niepokojące, ale zarazem bardzo powierzchowne. Opierają się tylko na medialnym szumie. A młodzież polska (nie wszechpolska) szuka swojego patriotyzmu na własną rękę.

Pierwszy raz utwierdziłem się w tym przekonaniu w maju roku 2003, gdy realna stała się groźba, że w wyniku referendum Polska nie wejdzie do Unii Europejskiej. Pod kościół Wizytek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie dzień w dzień przychodziła grupa starszych wiekiem eurosceptyków (a właściwie eurosceptyczek, choć bez moherowych beretów, bo pora roku była nie ta) z transparentem „Św. Andrzeju Bobola, uchroń nas przed masonami z Unii Europejskiej”. Od niego wzięło się nasze na nich określenie: bobole. Mijaliśmy ich w drodze na zajęcia i ze zgrozą oglądaliśmy coraz głupsze plakaty, jak ten z Hitlerem podpisany „jestem Europejczykiem”. Dzień po tym, jak papież wypowiedział słowa „od Unii Lubelskiej do Europejskiej” napisaliśmy je na kawałku prześcieradła i poszliśmy do boboli. Ubrani na żółto-niebiesko zagłuszyliśmy ich „Odą do radości”. Było w tym więcej spontanicznego wygłupu, niż politycznej manifestacji – dopiero dwie następne pikiety w tym miejscu, choć małe i robione w podobnej atmosferze, miały bardziej zorganizowany charakter.

Sporo radości dało mi poczucie, że wreszcie nie jesteśmy bierni, tylko na swój sposób włączamy się w spór o przyszłość Polski. Miałem je też, gdy ogłoszono wyniki referendum i jeszcze raz, gdy rok później na maszt przed Grobem Nieznanego Żołnierza wciągnięto flagę Unii. Miałem w tym swój mały udział i powód do zadowolenia.

Coś podobnego czułem też w pierwszych dniach sierpnia zeszłego roku, gdy chodziłem po Warszawie obchodzącej 60. rocznicę wybuchu Powstania. Pędzące zwykle na oślep miasto na dwa dni przystanęło w zadumie i ze zdziwieniem przyglądało się samemu sobie. Tydzień później na Woli odtworzono powstańczą barykadę po to, by kilka tysięcy osób mogło obejrzeć zrekonstruowaną bitwę. W tłumie było wielu młodych ludzi, także łysych chłopaków w dresach z puszkami piwa. I żadnego incydentu – spokojne oczekiwanie na opóźniające się przedstawienie a potem gromkie brawa, gdy w oknie jednego z mieszkań swastykę zastąpiła polska flaga; krótki moment jednoczącego wzruszenia. Nie jedyny w tamtych dniach.

I jeszcze zimą, gdy trwała pomarańczowa rewolucja, pod ukraińską ambasadą czułem, że znów bierzemy udział w czymś ważnym. Gdy nie było jeszcze pewności, jak to się skończy, napisałem na internetowym forum „Gazety”: „poparcie Polaków dla demokracji na Ukrainie to najszybsza droga do uregulowania takich problemów jak cmentarz Orląt”. Odnalazłem ten wpis i znów poczułem to samo. I nie chodzi o to, że miałem rację – ważne, że to, co wtedy zrobiliśmy rzeczywiście miało sens.

Czułem też dumę, gdy placu Niepodległości w Kijowie Ukraińcy skandowali „Polska, Polska!” – mój kraj był symbolem wolności i wzorem do naśladowania. To też miłe uczucie. Pod ambasadą raczej nie było chłopaków z osiedlowych ławek – dominowali studenci. Ale niedługo potem polscy hip-hopowcy nagrali swoją wersję hymnu rewolucji, piosenki „Razom nas bohato”. W prostych słowach przestrzegali Ukraińców przed popadaniem w euforię i mówili o trudnej drodze, która jeszcze przed nimi. Obserwowali te same wydarzenia i zareagowali na swój sposób, w języku zrozumiałym dla tych, którzy nie przyszli pod ambasadę. Zresztą w hip-hopowych tekstach Polska wyparła w ostatnich latach tematy bardziej przyziemnie. Dlaczego? Bo tęsknota za dumą z własnego kraju jest wspólna także hip-hopowcom i ich publiczności. Coś nas łączy i „razem jest nas wielu” – krótkie chwile, gdy można to poczuć, nawet wbrew wzajemnej niechęci chłopaków z ławek i studentów to kolejne fantastyczne uczucie.

Ominęły mnie wzruszenia związane ze śmiercią papieża. Pracowałem już wtedy w „Gazecie” – opisywałem je, ale nie współodczuwałem. Mimo dystansu widziałem, że na krótką chwilę Polska przystanęła na rogu Jana Pawła II i Solidarności (w Warszawie jest takie symboliczne skrzyżowanie). Ktoś powie: tydzień później kibice znów się tłukli. Prawda. Żadne z opisanych wydarzeń nie dało trwałych efektów, które można zmierzyć i pokazać: oto są. Każde miało rzeszę kontestatorów, co widać przede wszystkim w Internecie. Ale to właśnie w Internecie moje pokolenie toczy – nierzadko w bardzo ostrych słowach – nieustający spór o współczesną Polskę i to na skalę wcześniej nieznaną. I tu ujawnia się troska o to, jaka będzie Polska. Wszystkie te wydarzenia – manifestacje przed referendum, rekonstrukcja powstańczej bitwy a w szczególności poparcie dla pomarańczowej rewolucji i to, co działo się po śmierci papieża – miały jeszcze jedną cechę wspólną: nie zostały zainicjowane przez polityków, tylko przez młodych ludzi, którzy coraz częściej patrzą na swoje otoczenie ponad głowami polityków. Ale to nie znaczy, że bez żadnej idei. Są patriotami, choć nie zawsze chcą tak to nazywać, z tych samych powodów, z których ja się przed tym wzbraniałem. Najczęściej w ogóle o tym nie myślą, tylko działają na mniejszą lub większą skalę. Na rzecz lokalnych społeczności, organizacji pozarządowych, w wolontariacie a także w sztuce i w mediach. Ich (a raczej nasz) głos dopiero będzie słyszalny, dlatego tego pokolenia nie można jeszcze nazwać. Ani kolejną literą alfabetu, ani imieniem Jana Pawła II. Jeszcze nie wie, jakim pokoleniem jest, ale ma już liderów, którzy w przyszłości o tym zdecydują. Prędzej czy później odbiją politykę z rąk „białego człowieka”. To ci, którzy dziś są tam, gdzie można poczuć wspólnotę i dumę z bycia Polakiem. Tych przyjemnych uczuć się nie zapomina, chce się do nic wracać. Ci, którzy się w nich rozsmakują zdecydują o przyszłości tego kraju. Na razie staramy się ustalić swój układ współrzędnych i ze zdziwieniem odkrywamy, że pierwszym punktem na naszej ideowej mapie jest Polska. Nawet, jeśli wciąż wielu z nas nie chce się do tego przyznać i nawet jeśli – z winy polityków – nie zawsze łatwo jest się do tego przyznać.

„Powstanie Warszawskie” jako opowieść o wydarzeniach lata 1944 lepiej wypada na płycie, niż na żywo – koncert był świetny, mocny, zagrany z wykopem i dobrze zrealizowany, ale nie miał w sobie tej magii, którą ma płyta. Kto jej nie znał wcześniej, nie sądzę by poczuł te ciary przy tej okazji. To po prostu zbyt przemyślana płyta, by w koncertowym zamieszaniu docenić całą jej wielkość. Co oczywiście nie zmienia faktu, że ta muzyka w tym miejscu była wydarzeniem nietypowym i wartym przeżycia a zespół pokazał, jak to ujął kolega, punkowy potencjał tej płyty. Istotnie, to co zagrali brzmiało jak rasowy, punkowy materiał.

Najbardziej emocjonalny moment wczorajszego koncertu, to słowa „Barykado nasz Polsko mała – idź pod prąd!” i zaraz potem tłum skandujący „Pałacyk Michla, Żytnia, Wola!” w szybkim rytmie gitarowego riffu – to brzmiało niesamowicie i przez chwilę w powietrzu było właśnie to COŚ, co tak mocno uderza na płycie, tylko jeszcze mocniej, bo w tłumie spotęgowane.

No i „Siekiera” na koniec była zagraniem doskonałym – zamknęła koncert lepiej, niż zrobiłoby planowane ponoć wykonanie jednej z powstańczych piosenek. Potrzebny był taki współczesny akcent i przez chwilę czuło się, że między tamtą i tą młodzieżą istnieje jakiś związek, że dzięki tej muzyce ta dzisiejsza może poczuć namiastkę tamtych emocji. To się chyba wcześniej nie udało nikomu, kto do młodych ludzi próbował mówić o Powstaniu, bo co innego najbardziej nawet wzruszająca i dramatyczna relacja mówiona albo pisana, a co innego muzyka, która ma w sobie taką energię złości i radości a potem smutku i goryczy.

19.06.2005.

W długiej kolejce do Muzeum Powstania Warszawskiego zagadywani warszawiacy mówili ciągle to samo: że miasto powinno częściej organizować takie imprezy i że nareszcie w sobotni wieczór jest dokąd pójść. Bo zazwyczaj Warszawa zasypia o godzinie 23.

To nie prawda, że warszawiacy nie mają czasu, pieniędzy i ochoty by letnie wieczory i noce spędzać poza domem. Potrzebują tylko pretekstu. Tak było w czasie zeszłorocznych obchodów rocznicy wybuchu Powstania i tydzień później gdy na rekonstrukcję powstańczej bitwy na ulicach Woli przyszły tłumy a potem spacerem rozeszli się do domów.

Popularne jest też nocne zwiedzanie wystaw zdjęć na płocie Łazienek. Tak było też wczoraj, w czasie Nocy Muzeów.
Niestety, zwykły weekend w Warszawie wygląda tak: od 23 a na opustoszałych ulicach strach sieją watahy pijanych dresiarzy. Normalni ludzie ostatnim dziennym uciekają do domu. „Ostatni dzienny” – niczym mantra powracające określenie pory, gdy miasto kładzie się spać. A wystarczyłoby, żeby w piątki i soboty autobusy jeździły trochę dłużej, do godziny 1 albo 2 w nocy. Albo raz na godzinę, ale do samego rana. Gdyby metro przez weekend działało całą dobę. Gdyby nie zlikwidowano nocnego tramwaju. Gdyby można było bezpiecznie wrócić do domu, okazałoby się, że są warszawiacy, którzy z chęcią posiedzą w pubie do rana, pospacerują nocą po zamkniętym Nowym Świecie. I znaleźliby się tacy, którzy otworzyliby dla nich swoje puby czy kawiarnie. Na razie bar mogą zamknąć około 23, gdy spod drzwi odjedzie „ostatni dzienny”.

Zabytkowe „ogórki” to fajny pomysł, ale Warszawie potrzebna jest sensowna oferta komunikacyjna na letnie weekendy. Całe a nie do 23.

19.06.2005.

Piątkowy wieczór. Mimo deszczu – a może właśnie z powodu letniego deszczu? – mam straszną ochotę, by połazić po mieście. Idziemy więc spacerem przez Muranów na Bankowy. Chcemy zdążyć na performance pod Zachętą – płonący czerwony sztandar.

Gdy mijamy Błękitny Wieżowiec wychodzi z niego tłum ludzi w jarmułkach. Pod baldachimem niosą 129-letnią Torę. W rytmie oklasków, tańcząc przenoszą ją z miejsca, gdzie przed wojną stała synagoga do tej na Twardej. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem – owszem, w ramach festiwalu żydowskiego i przy innych podobnych okazjach czasem można usłyszeć jakieś echa ich tutejszej kiedyś bytności, ale to zawsze tylko inscenizacje. A tu autentyczna procesja radośnie tańcząc, nie bacząc swoją obcość niesie świętą księgę ulicami żydowskiej dzielnicy, której już nie ma. Nie ma?

A następnego dnia w Warszawie – legalna! – manifestacja brunatnej młodzieży w kółko golonej. Złowróżbne zestawienie.

Na Chińczyka nie zdążyliśmy – z powodu deszczu podpalił sztandar 15 minut wcześniej i na sznurkach smutno dyndały już tylko zgliszcza rewolucyjnej flagi.

19.06.2005.


  • RSS