roody102 blog

Twój nowy blog

Archiwum oczywiście zostaje, ale od dziś czytelników blogaska zapraszam pod nowy adresy:
roody102.blogspot.com

Na razie jest tam pusto, a w dizajn mam z rozdzielnika, ale to się, mam nadzieję, uda zmienić w sposób prostrzy, niż tu. Stan obecny proszę więc traktować jako przejściowy :)

zycienapodsluchu.jpgObejrzałem ten film z oczekiwaniami rozbudzonymi przez docierające do mnie urywki recenzji i komentarzy. Usłyszałem, że w dobie szalejących lustratorów jest to film ważny i dający do myślenia. Niestety – niczego takiego nie zobaczyłem.

„Życie na podsłuchu” bez wątpienia trafia w czas dyskusji o grzechach przeszłości, która toczy się nie tylko w Polsce. Rozliczanie przeszłości, to rzecz która różni między sobą drogę krajów dawnego bloku wschodniego po roku 1989. Ale pomimo różnic nie ma wśród nich kraju, gdzie rozdział ten byłby raz na zawsze zamknięty. Podobnie jest w Niemczech, gdzie na kwestię rozliczeń nakłada się jeszcze sprawa wzajemnego zrozumienia między mieszkańcami wschodnich i zachodnich landów. „Życie na podsłuchu” to próba zmierzenia się z tym problemem podjęta przez reżysera z Zachodu. Próba, w moim odczuciu, niezbyt udana.

Rzecz dzieje się w trójkącie. Jest pisarz, dramaturg, który póki co unika jakoś konfliktu z systemem – toleruje się go, a nawet wystawia jego sztuki. A jednak i on wie, w jakim świecie żyje. Chce o tym napisać do zachodniej gazety, lecz nie mówi o tym swojej żonie, aktorce. Oboje nie mają pojęcia, że na strychu zainstalował się trzeci bohater dramatu, oficer Stasi, który podsłuchuje ich na zlecenia ministra o względy zony pisarza zabiegającego. Szpieg poznaje życie pisarza w najdrobniejszych szczegółach i chyba czegoś zaczyna mu zazdrościć. Ta zazdrość pcha do niepojętego – i, co ważne, nie znajdującego żadnego precedensu w archiwach Stasi – gestu; ratuje pisarza przed aresztowaniem.

Już na tym poziomie film rozmija się nieco z prawdą o Stasi, która pośród komunistycznych służb specjalnych była bodaj najbardziej fanatyczna i przez to najmniej podatna na wykorzystywanie w prywatnych celach. Gdzie jak gdzie, ale w NRD taki minister długo by się raczej nie uchował. Podobnie zresztą, jak nie byłby wystawiany dramaturg nie wielbiący socjalizmu. Załóżmy jednak przez moment, że to tylko drobne nieścisłości, które jeśli nie w NRD, to w innym kraju dawnego bloku zdarzyć się mogły.

„Życie na podsłuchu” wciąż nic nie powie nam o sporach toczących się teraz w Polsce. Nie odniesie się do aktualnych kwestii rozliczeń, ani nawet nie da odpowiedzi na pytanie o sprawiedliwość dziejową. O dalszych, poprzełomowych losach bohaterów dowiemy sie tylko tyle, ze agent jak był, tak pozostał samotny. Za chwilę słabości skazano go – znów trochę bez wiedzy o realiach jest to wymyślone – na pracę w oddziale cenzurującym pocztę. Po 1989 roku został listonoszem, który pewnego dnia w księgarni trafił na… dedykowaną sobie książkę dramaturga. Jakby happyend? Tylko że piękna żona pisarza zginęła pod kołami ciężarówki – i o tym w całym filmie jest najmniej. O śmierci, śledztwach, przesłuchaniach – to pokazane jest bardzo umownie. Listonosz? Pal sześć – a co z tymi, którzy do dziś są u władzy? Ten film nic nie mówi o aktualnych sprawach – to po prostu historia miłosna osadzona w niezbyt realnym socjalizmie.

Życie na podsłuchu
Das Leben Der Anderen
scen. i reż. Florian Henckel-Donnersmarck
Niemcy, 2006
size>

PWPW

3 komentarzy

I jeszcze jedna notka dziś. Z otchłani internetu wykopane coś takiego:

Ładnie to zrobili.

Dla tych, co nie pamiętają co i gdzie:

http://roody102.blog.pl/archiwum/index.php?nid=11287590


http://picasaweb.google.com/roody102/PiotrBernasRedutaPWPW

Elizeum

2 komentarzy

Niesamowita sprawa. Niemal w samym środku Warszawy, w sztucznym pagórku jest sztuczna grota, w której się zbawiali się byli goście książęcy lat temu z górą dwie setki. To się zachowało w stosunkowo niezłym stanie. Podniszczone, obszczane, ale się nie wali. Można by było to wyremontować, choć koszta – potężne. Miasto o tym marzy (w osobie wiceprezydenta Paszyńskiego na przykład), ale co potem? Knajpa? Konserwator z góry mówi nie, żadnej kuchni tam zrobić nie pozwoli. Nie pojmuję, dlaczego wszędzie na świecie w zabytkowych piwnicach mogą działać knajpy, tylko w Warszawie jest to niemożliwe. Cóż – jak znam życie, za jakiś czas będzie można napisać, że Elizeum się zwaliło. Tym bardziej warto zobaczyć parę zdjęć z wycieczki – koledzy pisali tekst a ja się dołączyłem na krzywy ryj :)

Zapraszam:

http://picasaweb.google.com/roody102/Elizeum

To się znajduje przy Książęcej, na dole, obok stawu. Na co dzień jest na głucho zamknięte. Pomogli nam doglądający tego terenu pracownicy ZTP – na legalu to było ;)

… to pojęcia bliskie sercu dyrekcji PKiN.

subtelne.jpg

Piętro IV, koło sali Warszawskiej gdzie swoje popisy urządzają bohaterowie jednego z wcześniejszych wpisów.

Obok wystawa archiwalnych fotografii polskiej architektury modernistycznej – świetna. Obejrzenie zajmuje kwadrans. Polecam.

Dziś prezentujemy JOGURT.

jogurt.jpg

Produkt dotowany przez ministerstwo kultury bakterii :)

Gazeta.pl podaje 10 powodów, dla których Polacy wygrają z Niemcami:

http://sport.gazeta.pl/reczna/1,78466,3895172.html

Pierwszy komentarz pod tym tekstem dobrze oddaje nastroje:

Bo wygraliśmy pod Grunwalem i na Psim Polu też nam jakoś poszło :)

Historyczne statystyka może być mniej korzystna od sportowej, przytoczonej przez gazetę.pl. Kilkudziesięciu kibiców z Polski na przeciwm 19 tysięcy niemieckich jawi się więc w roli mężów opatrznosciowych i w ogóle emocje sięgają czego tam mogą.

No to do boju, Czerwone Chamy (wcale niezła ksywka, czyż nie?)! :)

W piątek w telewizji mógł ich oglądać niemal każdy Polak. To nie zdarza im się często – zazwyczaj nie ma ich w mediach. Jeśli, to w lokalnej prasie, najczęściej w kontekście afer i przekrętów. A tu nagle taka okazja!

O kim mowa? O radnych miasta stołecznego, oczywiście. W sumie jest ponad cztery setki w radach dzielnic – nieliczni szczęśliwcy w liczbie bodaj 60-ciu zasiadają w radzie miasta. To wbrew pozorom całkiem ważny organ w skali kraju – dysponuje naprawdę wielkimi pieniędzmi i całkiem realną władzą. A że rządzenie stolicą może się politycznie opłacać przekonywać dziś w Polsce nikogo nie trzeba.

Mimo tak wielkiego wpływu, radni miasta pozostają zazwyczaj dość anonimowi dla jego mieszkańców. Nie ma ich w telewizji – a prasę lokalną czytają nieliczni. Trudno się więc dziwić, że lokalni działacze mają pewnie poczucie bycia niedocenionym.

Tym bardziej nie dziwi więc show, jaki dali w piątek, gdy w sali warszawskiej Pałacu Kultury pojawiły się kamery kilku stacji telewizyjnych w tym tej jednej, która całość transmitowała na żywo.

Dali popis. Populizm, chamstwo, prymityw, kpina z demokracji – wszystko to mieliśmy w dużej dawce. Z mojego rozeznania wynika, że wielu widzów było w szoku, że to może tak wyglądać.

A ja się cieszę. Jako dziennikarz lokalnej prasy miałem nie raz okazję chadzać na sesje rad dzielnic i miasta. I nie raz już widziałem ten arsenał środków, z których się na nich korzysta. Nie raz widziałem, jak nasi przedstawiciele, naszymi głosami wybrani, wrzeszczą, plują, gwałcą zasady logiki. A im bardziej emocjonujący temat – autostrada, spalarnia, wyspisysko – i im więcej na sali mieszkańców okolicy, tym większe natężenie głupot, bzdur i chamstwa. Ale przede wszystkim cynizmu, kłamstwa i populizmu. I pogard dla zasad logiki – do niej czasem odwołują się na takich sesjach zaproszeni goście, czyli, najczęściej rzucani na pożarcie projektanci kontrowersyjnych rozwiązań, takich jak autostrada w miejscu, gdzie zaplanowano ją 40 lat temu, a teraz obok stoją nowe osiedla.

Zawsze mówiłem, że każdy powinien przynajmniej raz pójść na taką sesję, żeby zobaczyć, jak w praktyce wygląda najniższy szczebel demokracji, co to są partyjne doły i kto dysponuje naszymi pieniędzmi oraz w jaki sposób się te decyzje kształtują. To odziera z wielu złudzeń co do pożytków z demokracji przedstawicielskiej.

Cieszę się, że w piątek mieli szansę przekonać się o tym ci, który nie mają czasu, by pójść na sesję w swojej dzielnicy. A ci, co nie oglądali, powinni skorzystać z faktu, że to jeszcze nie koniec walki o odwołanie Hanny Gronkiewicz-Waltz.

I tu, na marginesie, mój komentarz do tej sprawy. Jeśli ja spóźnię się dwa dni ze składaniem jakiegoś urzędowego świstka we właściwym okienku, to nie ma przebacz. Nie powinno więc być przebacz i tu – można się zastanawiać, czy prawo jest dobre i czy nie należy go zmienić, ale na dziś Hanna Gronkiewicz-Waltz powinna przyznać, że zrobiła błąd i… zgodzić się na szybkie wybory. Jestem pewny, że wygrałaby je w cuglach, bo kontrkandydata nie ma.

Szarpiąc się, tłumacząc nieporadnie i codziennie inaczej sprawia wrażenie, że kurczowo trzyma się stołka i traci sympatię.

Nie przekona mnie nigdy argument, że wybory to wydatek. Podobno rzędu 3 milionów złotych, czyli tyle co dwa nowe autobusy. Niewiele, w skali Warszawy. A demokracji się nie powinno przeliczać na złotówki, bo argumentu, że nie opłaca się organizować głosowania może potem użyć każda władza w dowolnym momencie.

Zresztą rok temu, gdy PiS zastanawiał się, jak przeciągnąć zarząd komisaryczny w Warszawie do końca kadencji to PO podnosiła takie argumenty i opowiadała się za dodatkowymi wyborami na rok. Teraz byłyby to wybory na ponad 3,5 roku – i nie opłaca się? Cóż, jeśli kandydatce PO się to nie opłaca, to mi przestaje się chyba opłacać na nią głosować, gdyby do tych wyborów doszło. Choć nie zanosi się – będzie się pewnie odwoływać i jakoś się wybroni. I w sumie dobrze, bo generalnie zgadzam się z tym, że ten przepis trochę sprzeczny jest z duchem demokratycznego werdyktu. Tylko wolałbym, by pani prezydent się przed nim broniła z klasą. Z klasą byłoby oddać się ponowie w ręce wyborców i tym sposobem utrzeć opozycji nosa.

… zaskoczyła drogowców i nie tylko ich.

zima1.jpg

W trudnej sytuacji postawiła rowerzystów…

zima2.jpg

… i ekologów. Oby do wiosny :)

oczy.jpg

Twarze za drutami. Zagadka – gdzież to? :)


  • RSS